poniedziałek, 25 marca 2013

Chapter Three

*In My Dream*
Czułam na sobie czyiś wzrok. Dotychczas patrzyłam na świeżo zamurowaną ścianę. Rozejrzawszy się dookoła znalazłam stary, lecz ostry pręt. Zza zakrętu wyszedł mężczyzna. Miał czarną kominiarkę, więc nie  byłam w stanie zobaczyć jego twarzy. Hm... stop. Jego oczy... one były takie... znajome.Niebezpiecznie do mnie podszedł. W ręku trzymał nóż. Nóż kontra stary pręt? Może być zabawnie. Facet uniósł groźnie rękę, a w świetle księżyca błysnął srebrny przedmiot. Cofnęłam się pod mur. Przyparta do niego błagałam o pomoc, jednak ta znikąd nie przychodziła. Przypomniałam sobie o pręcie, którym trzymałam w dłoni. Mężczyzna był coraz bliżej, robiło się coraz niebezpieczniej. Uniosłam rękę i rzuciłam się na niego. Wbiłam mu Ostry pręt w pierś i patrzyłam w jego oczy. Z ręki wypadł nóż, czarna bluzka była już mokra od krwi, a on dyszał ciężko. Przyłożyłam dłoń do ust, a z moich oczu wyleciały łzy. Na moich oczach ginął właśnie człowiek. Tak. Przerażające. Zaczęłam uciekać. Na murze spostrzegłam drabinę i zaczęłam się wspinać. Mężczyzna błagał mnie o pomoc, ale wkrótce potem wyzionął ducha. Dotarłszy na dach bloku, usiadłam i zaczęłam płakać. Jak ja mogłam to zrobić?
*End Of My Dream*
Ze snu, a raczej koszmaru, wybudził mnie alarm telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz. Dopiero piąta dwadzieścia siedem. Jednak nie chciało mi się spać. Zamiast tego ubrałam się i umyłam. Zajęło mi to mniej niż dziesięć minut. Usiadłam przy biurku i otworzyłam laptopa. Miałam tysiąc zaproszeń do znajomych na Facebooku. Około. Przepraszam, ale czy ci ludzie wierzyli mi? Nie. Oni wierzyli pierdolonej Rachel. Zaśmiałam się sarkastycznie. Widocznie uważali mnie za idiotkę. Nie mogłam pozwolić, aby znaleźli się w moich znajomych. Nie wierzyli mi od początku. Ta garstka znajomych, która mnie wspierała i została... oni byli mądrzy, reszta to jełopy. Jak można myśleć, że ja kogoś zamordowałam? Nie znałam Jessicy i to właśnie głupie. Nieważne. Muszę się skupić na tym co ważniejsze. Mam dziś iść do Jade, aby pożegnać się z nią. Nie było to dla niej łatwe, tym bardziej dla mnie. Właściwie to NIE. Dla mnie to rozstanie z nią było nawet na rękę. Nie wiem czemu. Po prostu moje myśli skierowane były na Rachel. Chciałam koniecznie dopiec tej dziwce za wszystko co mi się przydarzyło. Teraz idzie do poprawczaka, ale co z tego? Haha... nawet nie chcę widzieć tej jej dupy. Wystarczająco mnie wkurzyła.

Wyłączywszy laptopa wzięłam do ręki telefon i sprawdziłam godzinę. Oczywiście, było dopiero siedem po szóstej. Jak zwykle, czas nie mija mi zbyt szybko. Jednak coś ze sobą muszę zrobić. Dziś raczej urwę się z lekcji. Robiłam to kiedyś, ale przestałam nie wiadomo dlaczego. Stare czasy powrócą. Cóż. Wzięłam torbę. Spakowałam do niej kilka zeszytów, picie, jakiegoś batona z biurka, portfel i telefon. Zawsze miałam potrzebne do przetrwania rzeczy. Postanowiłam wymknąć się przez okno, żeby nie narobić hałasu. Ostrożnie uchyliłam ją, po czym wyskoczyłam. Zsunąwszy się z dachu, chwyciłam oburącz rynnę i zjechałam na dół. Potem przemknęłam niezauważalnie pod oknem i byłam na ulicy. Nie mogę czekać sama do dziesiątej. Wystukałam na telefonie wiadomość do Daniela.
"Przepraszam, pewnie cię budzę, ale mam prośbę. Spotkajmy się tam gdzie pobiłeś Jamesa, okej? Nie chcę sama czekać do dziesiątej, później wytłumaczę. :) 
C. xx"
Mój podpis był znajomy dla każdego. Zawsze podpisywałam się "C. xx", aby się wyróżnić. Po chwili przyszła wiadomość.
"Jasne, nie śpię już od dawna. Podobało mi się wczoraj. Będę za dziesięć minut... :3
Dan."
Haha. Podobało mu się? Słodki... cóż, nieważne. Nie mogę z nim być. Znam go zaledwie od wczoraj, a już coś do niego poczułam? To jest dziwna sytuacja.
Zaczęłam powoli iść ulicą. Obejrzałam się za siebie. Nikogo nie było. Czułam się strasznie. Przyspieszyłam krok. Jednak po chwili zauważając reflektory i warkot silnika, zaczęłam uciekać. Nie wiem. Często byłam straszona w dzieciństwie, że ktoś może mnie zabić lub pobić. Traumom z mojego dzieciństwa była pewna sytuacja, że kiedyś matka wysłała mnie do sklepu po najzwyklejsze w świecie ciastka. Na początku było jasno, ale jak wracałam ze sklepu było ciemno. Niosłam paczkę w ręce i śpiewałam sobie jakieś piosenki. Nagle z zza rogu wyskoczył starszy chłopak. Wspominałam, że miałam wtedy około siedmiu, sześciu lat? A on miał piętnaście. W każdym razie, podszedł do mnie i mocno uderzył. Potem usiadł na moim bezbronnym ciele i bił po twarzy. Płakałam i wrzeszczałam, ale to nic nie pomogło. On po chwili wstał i podziękował za ciasteczka. Ja z rykiem pobiegłam do domu. Tam wszyscy byli zadziwieni i tak dalej. Miesiąc później ktoś postanowił się na nim odegrać i pobił go tak, że chłopak zmarł na miejscu. Sprawcy nie znano.
Wreszcie dotarłam do umówionego miejsca. Daniel już tam czekał.
-Hej.- odparłam, wkładając kosmyk włosów za ucho.
-Cześć, piękna.- podszedł i mnie przytulił.
Nie wiedziałam jak się zachowywać.
-Co chcesz robić o tak wczesnej porze?- zachichotał patrząc na mnie.
-Nie wiem, możemy iść do ciebie do domu.- przygryzłam wargę.
-Spoko, ale dlaczego?
-No bo nie miałam ochoty na spanie, a dziś muszę pożegnać przyjaciółkę przeprowadzającą się do zupełnie innego miasta.
-Mhm... rozumiem.- przytaknął gładząc mnie po policzku.- Wiesz, muszę ci coś wyznać.
-Tak?- zapytałam uśmiechając się.
-Zakochałem się w tobie.
-Słuchaj. Ja chyba też, ale to za wcześnie. Nie znamy się praktycznie, a co jeśli...
Daniel pocałował mnie znienacka, a ja odskoczyłam. Przerwał mi wpół słowa!
-DANIEL!- krzyknęłam cicho.
-Co?- zapytał zdziwiony.
-Czemu to zrobiłeś? Mówię chyba, że to za wcześnie.
-Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać.
-Daruj sobie.- warknęłam w jego stronę i zaczęłam odchodzić, kiedy on złapał mnie za ramię.
-Zrozum, Caroline. Ja nie jestem zły, ja cię kocham. Chcę ciebie.- wyszeptał mi w ucho.- Nie mów, że ci się nie podobało.- I ponownie pocałował mnie w usta. Zrezygnowana odwzajemniłam, bo wiedziałam, że nie da mi spokoju póki nie dam mu szansy. Podobał mi się, to fakt. Ale jednak, czy to nie za wcześnie? Nieważne. Również go kocham.
-Ja ciebie też.- wyszeptałam, gdy się od siebie oderwaliśmy.
-Cieszę się.- objął mnie ramieniem.

-Hej Cary!- usłyszałam smutny głos Jade.
-Cześć Jade.- przytuliłam ją.
-A kto to?- wskazała na chłopaka stojącego za na mi. Czułam, że był lekko zestresowany.
-Cóż... to jest Daniel. Jesteśmy tak jakby razem.- wyszeptałam ostatnie zdanie.
-Aha...- powiedziała podając mu rękę.- No ja właśnie wyjeżdżam...- odparła, a klika łez spłynęło jej po różowym policzku.
-Miło mi, a jednocześnie smutno...?- Dan nie wiedział jak ma się zachować w obecności mojej przyjaciółki. W końcu każde słowo mogło ją zranić. Oczywiście w kwestii wyjazdu.
-Spoko.- odparła odwracając wzrok. Po chwili jednak stanęła do nas tyłem.
-Cóż, to ja ten... tego... idę?- zapytałam Jade. W tym momencie zachowałam się egoistka, ale nie moja wina, że ostatnimi czasy nasza przyjaźń zniknęła gdzieś i nie chciała wrócić.
Jade zatrzymała mnie łapiąc za mój nadgarstek. w oczach miała łzy.
-Żartujesz sobie? Jesteś totalną idiotką! Może jednak to dobrze, że wyjeżdżam, bo przynajmniej nie zobaczę już więcej twojej paskudnej mordy...- ścisnęła mocno mój nadgarstek. Nie wiedziałam, skąd ona ma tyle siły?- Pieprz się!- krzyknęła na cały głos uderzając pięścią mój policzek.
-Auuu!!!- krzyknęłam opadając na chodnik.- Popierdoliło cię, czy jak? Nie moja wina, że psujesz wszystko na swojej drodze, dążąc do swojego chorego celu!- Dan pomógł mi wstać.
-Dziewczyny, proszę...- wyszeptał.
-Nie, ona musi mi zapłacić za to, co mi właśnie zrobiła!- krzyknęłam.
Strach był w oczach niewinnej niegdyś dziewczyny, która bała się zagadać do kogokolwiek. Jej nieśmiałość w jednym momencie, pod wpływem emocji, zamieniła się w odwagę i siłę. Teraz skuliła się widząc, że nie mam zamiaru odejść stąd, dopóki nie oberwie.
Z krzykiem rzuciłam się na nią i zaczęłam walić, gdzie popadnie. Daniel próbował uspokoić mnie, ale weszłam jakby w trans. Miałam napad furii. Jej twarz powoli stawała się czerwona od krwi. Gdzieniegdzie tworzyły się fioletowo-zielone sińce. Trafiłam ją w brzuch i usłyszałam jak jej żebra pękły. Oczywiście nie całe. Nie mogłam przestać. Kolejnym uderzeniem złamałam jej nos, a dziewczyna płakała. Daniel w końcu odciągnął mnie od błagającej o litość Jade. Jego oczy wyraźnie produkowały coraz więcej gniewu i złości. Na chwilę wpadłam w panikę, po czym zaczęłam biec. Nie wiedziałam dokąd, ale chciałam być jak najdalej od nich. Ta chora sytuacja... Czemu to zrobiłam? Teraz muszę uważać na kolejne takie rzeczy. Muszę się umieć powstrzymywać, a co najważniejsza, kontrolować. Niestety Jade... ta istotka na to nie zasłużyła. Dobiegłam do jakiegoś parku, którego wcześniej na oczy nie widziałam. Weszłam powoli rozglądając się za ławką, którą ledwo można było zauważyć. Daniel na pewno pomoże dziewczynie, ale potem przybiegnie za mną. Spojrzałam na wyświetlacz komórki. Kolejna nieodczytana wiadomość.
"W pewnym sensie cię rozumiem... Ale dlaczego nie mogłaś przestać? Jestem właśnie w parku i cię szukam.
Dany. xo"
Chłopak zmienił podpis. Musiał być nieźle wkurwiony. Schyliłam się trochę, żeby mnie nie zauważył.
-Ej, patrzcie! Co to za laska się tu kręci?- zapytał ktoś nagle nad moim uchem. Podskoczyłam.
-To jest Caroline Straught. Słyszałem, że była podejrzewana o zabójstwo siostry twojej dziewczyny.- powiedział drugi.
-Haha.. A potem było, że to twoja laska ją zabiła.- zaśmiało się dwóch.
-Czego tu, kurwa?- zapytałam podnosząc się. Zakasałam rękawy i zbliżyłam się do nich.
-Czego? Ach... czego?- zapytał śmiejąc się sarkastycznie.- To nasze miejsce, mała. Wypierdalaj póki możesz.
-Sam wypierdalaj. Kupiłeś je sobie, czy jak? Każdy ma prawo być w tym miejscy kiedy chce i jak chce!- krzyknęłam.
-Słuchaj.- przybliżył twarz do mojej.- Jeżeli stąd nie pójdziesz, to będzie źle!
-Och... czyżby?!- splunęłam mu prosto w jego paskudną mordę, której nie chciałam oglądać już nigdy więcej.
-To był błąd, Straught.- chciał trafić mnie pięścią w brzuch, ale robiąc unik, trafił w drzewo.
-KURWA!- krzyknął łapiąc swoją rękę.
Następny rzucił się na mnie i przyciskał do ziemi.
-Teraz nie uciekniesz.
-Masz rację.- jęknęłam niewinnie.- Jesteś taki silny.
Ten debil myślał, że jeśli mnie przyciśnie ma jakieś szanse. Chciał mnie pocałować, ale moja głowa odchyliła sie niebezpiecznie i trafiła w jego. Chłopak syknął z bólu i położył się na podłogę. Następny wyciągnął nóż. Robiło się niebezpiecznie, a ja nie wiedziałam skąd moje ciało i umysł czerpie tyle siły i odwagi. Kopnęłam jego rękę. Słychać było trzask i kolejny krzyk. Czułam, że złamałam mu rękę. Kop nie był w prawdzie słaby, ale... Cóż, ostatni podszedł do mnie. Był nieźle napakowany. Bałam się go. Gdy rzucił się na mnie, odskoczyłam na bok biorąc nóż i wkładając go za pasek od spodni.
-Nie dasz rady, suko.- zaśmiał się chwytając moje nadgarstki. Wyrwałam mu szybko dłoń i sięgnęłam po nóż. Pod wpływem emocji nóż uniósł się ponad moją głowę, a potem wylądował w piersi tego chłopaka. Przeraziłam się natychmiast i uciekłam. Wiedziałam, że należało zabrać nóż. Nie mogli dowiedzieć się, że to moja wina. Chociaż ja się tylko broniłam.
Biegłam pomiędzy drzewami. Trzymałam mocno w swych rękach narzędzie popełnionej zbrodni i modliłam się, żeby nikt mnie nie zobaczył. Udało się...
Pomiędzy krzakami było stare drzewo. Nieopodal płynęła rzeczka i dokładnie umyłam nóż, zanim włożyłam je do dziury w pniu. Potem dokładnie zasypałam je liśćmi, żeby niczego nikt nie podejrzewał i ruszyłam z powrotem. Wszyscy leżeli. Zwijali się z bólu i nie wiedzieli co się dzieje. Uderzyłam się kamieniem w głowę, żeby mieć jakąkolwiek ranę i położyłam się pod drzewem. Wstał chłopak, który został pokonany przez drzewo.
-Gdzie ta suka?- zapytał rozglądając się wokół w poszukiwaniu mnie. W poszukiwaniu morderczyni. Chwyciłam moją obolałą głowę i podparłam się na łokciach.
-C-co się dzieje?- zapytałam patrząc na pieprzonego gnoja, przez którego to się stało.
-Pobiła nas laska, a potem ucierpiała!- powiedział drugi.
-Ej, czekajcie! Gdzie jest Patrick?- zapytał pierwszy.
Obstawiałam, że to ten którego zabiłam.
-Leży tam w.... KAŁUŻY KRWI!- krzyknął przestraszony chłopak.- Ty to zrobiłaś?
-N-nie!- wyjąkałam przerażona na widok Patricka.- Jedyne co pamiętam to to, że ten wasz Patrick zaatakował mnie pięściami uderzając w brzuch, a potem Chwycił kamień i uderzył mnie nim. Zemdlałam prawdopodobnie. Nic potem nie pamiętam...!
-To kto?- zapytali pozostali.
-Idź stąd.- syknął pierwszy.- To zbyt wiele, jak na ciebie.- skinął na mnie głową.
Nic innego nie przyszło mi do głowy, jak ucieczka.
-NO IDŹ!- ryknął.
Zebrałam w sobie ostatki siły i zaczęłam biec. Wpadłam na Danego. Stał na środku ścieżki i patrzył z zdezorientowaniem.
-Dany, ja... ja...- jąkałam się. - Ja...

~~
Myślicie, że Caroline nie powinna być oskarżana za przypadkowe zabójstwo we własnej obronie?
Czy Caroline dobrze ukryła nóż?
Co może stać się w kolejnym rozdziale?
Zapraszam do czytania. Rozdział powinien ukazać się za dwa, trzy dni. :)

poniedziałek, 18 marca 2013

Chapter Two

   Tak. Ranek był wspaniały. Po prostu kolejna ulewa. Założyłam wilgotną bluzę i usiadłam na kamiennej ławce. Chciałam przeprosić Johnnego za to, co zrobiłam.  Jednak wiedziałam, że zamknąłby mi drzwi przed nosem.Postanowiłam wrócić do domu. Skoro John szedł stronę, z której tu przyszłam, to muszę iść w przeciwną. wyszłam na zewnątrz. Lało. Szare chmury unosiły się nad lasem. Założyłam kaptur i, kulejąc, ruszyłam w przeciwną stronę. Stąpałam cicho, rozmyślając o wydarzeniach. Johnnego mam już z głowy. Więcej mi nie zaufa... Doszczętnie zniszczyłam jego samochód. Prawda. To była moja wina, ale przecież to on powiedział, że zawozi mnie do swojego mieszkania. Po prostu pomyślałam, że chce mnie zgwałcić, czy coś, i się przestraszyłam. Wiem, nie byłam odpowiedzialna. Nie mogę już wytrzymać tego syfu, które robi mi się w życiu. Był to dopiero początek, ale ja czułam, że tylko na tym się nie skończy. Nagle coś za wibrowało w mojej kieszeni. No tak. Zamiast zamówić taksówkę wolałam spać na przystanku, jak jakiś menel. Dostałam SMS'a Jade. Była moją przyjaciółką, ale czy jest nią teraz?
"Przyjdź do mnie, musimy koniecznie pogadać :)"
Ten uśmieszek na końcu zdradzał, że nadal mi ufa. Zaczęłam uśmiechać się do wyświetlacza. Jednak po chwili postanowiłam zamówić tą cholerną taksówkę. Nawet nie wiem, gdzie jestem, ale od czego jest GPS w telefonie?

-Witam, młodą panienkę. Jak mniemam, pani Strught? (czytaj: Strad).- zapytał miło taksówkarz.
-Tak, to ja.- uśmiechnęłam się.
-Dokąd?

Jazda była trochę męcząca. Mężczyzna był skupiony na drodze, a ja wpatrywałam się w mokre drzewa. Po chwili taksówkarz zapytał przyjaźnie.
-Więc, panienko. Co panienka robi tak daleko od miasta?- zapytał uprzejmie.
-Nie wiem.- skłamałam. Nie chciałam mieć kolejnej osoby na sumieniu.
Mężczyzna tylko westchnął i mocniej ścisnął kierownicę. Wyciągnęłam telefon z kieszeni. Jaka ja byłam głupia! Mogłam zadzwonić do Jade. Jej brat przyjechałby z nią po mnie. Odblokowałam go, po czym weszłam na Facebooka. Z osiemset znajomych zostało mi tylko dziesięć. I te dziesięć było bardzo mądre, że nie słuchało tych debili. Wśród nich była Jade i jej brat, Luke. Uśmiechałam się do ekranu. Byłam szczęśliwa, że Luke też nie wierzył w te brednie. Przez resztę drogi panowała cisza.
-Więc, gdzie?- zapytał mężczyzna.
-Tutaj w prawo, potem w lewo i kawałek prosto pod siedemnastkę.
-Jesteś konkretna.
Wywróciłam oczami i wróciłam do rozmowy z Jade. Chciała mi coś koniecznie wytłumaczyć, ale nie potrafiła. Każde zdanie było napisane nielogicznie. Zgadywałam, że była zdenerwowana.
W końcu taksówka zatrzymała się pod moim domem.
-Ile?
-Piętnaście się należy. Masz zniżkę.- uśmiechnął się.
Podałam mu pieniądze, po czym poszłam do domu. W sumie to nie mogli się dowiedzieć, że mnie nie było. Na szczęście byłam mądra i zakluczyłam drzwi mojego pokoju. Z tyłu domu była rynna i właśnie po niej miałam zamiar wejść. I tak rodzice nie powiedzieliby nic, wiedzą, że zabiłam tą dziewczynę. Szkoda tylko, że to nie jest prawda. Zakradłam się na tył i powoli zaczęłam się wspinać Ostrożnie postawiłam nogę na dachówce. Skupiłam się na podejściu do mojego okna. Noga mnie bolała. W końcu jednak doszłam do okna i otworzyłam je. Cicho wślizgnęłam się do pokoju i opadłam na łóżko. Była dopiero dziewiąta, więc miałam chwilę czasu na przygotowanie się. Lekcje zaczynały się o dziesiątej trzydzieści.
Wstałam z łóżka i skierowałam się do łazienki. Jak dobrze, że ojciec pomyślał o zrobieniu trzeciej. Inaczej musiałabym wychodzić z pokoju. Zdjęłam zniszczone ubranie i weszłam pod prysznic. Zaczęła się lać ciepła woda. Z przyjemnością zaczęłam masować obolałe miejsca. Nagle przypomniałam sobie o moim wyskoku. W końcu miałam startą twarz i poobijane kończyny. I tak to jest cud, że żyję. Jest tylko jeden na milion przypadków, które kończą się właśnie w ten sposób. Szczęśliwy przypadek. Wolałam umrzeć niż wysłuchiwać tych pieprzonych zarzutów i obelg na swój temat. Jednak życie chciało mnie przetrzymać na tym świecie. W końcu jednak skupiłam się na sobie. Owinęłam się ręcznikiem i podeszłam do lustra. Twarz miałam z zadrapaniami, ranami i otarciami. Co gorsza była we krwi. Wzięłam do ręki szmatkę i ją zmoczyłam. Przyłożyłam do twarzy i zaczęłam ją wycierać. Odłożywszy materiał stwierdziłam, że nie jest aż tak źle. Co prawda było źle, ale nie aż tak. Podeszłam do apteczki. Mama na wszelki wypadek włożyła je do każdego pokoju. W niektórych tylko nie było. Wyciągnęłam bandaż i plastry. Owinęłam sobie obolałą głowę i przykleiłam plastry w miejsca ran poniżej czoła. Potem umyłam zęby, a włosy wysuszyłam i związałam w niechlujnego koka.
Jak zwykle Jade mnie pospieszała. Kolejny SMS i kolejne teksty o tym, że trzeba pogadać. Wyciągnęłam pierwsze rzeczy z brzegu i się ubrałam. Spakowawszy książki potrzebne do nauki, wyszłam przez drzwi. Po drodze spotkałam mojego brata, Matta. Matt ma piętnaście lat.
-Cześć, Caroline. Gdzie ty byłaś?- wpadłam. Skąd on to wszystko wie.
-Nie interesuj się.- warknęłam srogo.
-Caroline, ja się po prostu martwię. Rodzice nie wiedzą.
-Chciałam umrzeć pod kołami samochodu, ale niestety szczęście otacza mnie w stu procentach.- szepnęłam.
-Caroline, nie żartuj sobie. Ja wiem, że nie zabiłaś tej laski, ale to nie powód, żebyś tak odpowiadała.- i znów zaczęły się kazania młodszego braciszka. Ilekroć tylko coś przeskrobałam, on mi to wypominał.
-Wiesz, jest mi z tym ciężko. Nie umiem sobie z tym poradzić. Tęsknie za dawnym życiem.- westchnęłam i włożyłam twarz w dłonie.
-Co ci się stało?- to był temat, którego chciałam uniknąć.
-Wypadek. Na ulicy. Jakiś koleś chciał mnie podwieźć, ale niestety wyskoczyłam podczas jazdy. Wtedy okaleczyłam sobie twarz i zbiłam mocno nogę.- wywróciłam oczami.
-Caroline, nie możesz tak robić. Z resztą, nieważne.

-Cary! Jesteś wreszcie!- krzyknęła do mnie z okna Jade.
-Mhm... wyjdziesz?
-Tak.
Pięć minut potem znalazła się obok. Zaczęłyśmy spacerować chodnikiem do szkoły.
-Po pierwsze, co z twoją twarzą? Po drugie, gdzie ty byłaś? Po trzecie, mam coś ważnego.
-Więc, wczoraj miałam mały wypadek. Nieważny. Hmm... po drugie szykowałam się. Po trzecie, gadaj, bo jestem zniecierpliwiona!- uśmiechnęłam się.
-Okej. Słuchaj.- zaczerpnęła powietrza- Wczoraj trochę myślałam o tej całej Jessice. Coś mnie natchnęło i przypomniałam sobie o jej siostrze. Rachel. Przecież one skakały sobie do gardeł, żeby tylko być popularne. Myślisz, że to ona?
-Może i tak. Ale co z tego, skoro podejrzewają mnie, dzięki Rachel?- zapytałam sfrustrowana.
-Ej, da się naprawić. Never Say Never.- pocieszyła mnie.
-Może i masz rację. Ale Jade! Kto mi w to uwierzy? Ona rozpowszechniła plotkę, o czymś, co zrobiła mi Jess.
-No wie, ale może jakoś wpłyniemy na ludzi.
-To nierealne. Nieważne, nie wracajmy do tego.
-Cary.- moje przezwisko, wymyślone przez Jade. Nazywała mnie tak, gdy chciała mnie do czegoś przekonać lub pilnie mnie potrzebowała.- Powiedz mi, dlaczego mówisz, że to się nie uda?
-Jade, ja to wiem. Zostawmy ten temat.- mruknęłam.
-Nie, Caroline. Nie masz racji. Skoro to nie ty, to dlaczego ludzie się ciebie boją?- No właśnie, dobre pytanie. Hm.. pomyślmy. Oni myślą, że to ja!
-Nie bądź śmieszna i nie dołuj mnie bardziej. Wystarczająco mi przykro.- odparłam smutno.
Jade przeprosiła mnie za swoją "pomoc", a resztę drogi spędziłyśmy na gadaniu o zakupach. Co prawda nie kręciły mnie takie pierdoły, ale jakoś chciałam ją odciągnąć od tego wszystkiego. Nie powinna mieszać się w nie swoje sprawy. Jest moją przyjaciółką, ale nie może. Zaczną podejrzewać, że mi pomogła.

Weszłyśmy do szkoły. Ilekroć ktoś mnie zobaczył, przypierał się do szkolnej szafki, albo ściany. Denerwowała mnie ta sytuacja i postanowiłam iść do Rachel. Nie będzie mi dupy obrabiać.
Zobaczyłam ją stojącą ze swoimi przyjaciółeczkami. Kayla i Demi pokazywały jej coś na migi, gdy tylko się zbliżałam. Jak tylko stanęłam za Rachel, te dwie debilki przyparły się do ściany. Natomiast Rachel zaczęła się śmiać.
-Co? Przecież jej tu nie ma. Haha... jakie z was debilki! Nie dowie się, że to ktoś inny...- spojrzała w oczy dziewczyn i zrozumiała, że stałam tuż za nią. Jade wszystko nagrywała, bo chciała mieć jakieś dowody i proszę, niespodzianka. Rachel bezmyślnie wygadała mi to, co chciałam wiedzieć.
Rach szybko przyłożyła rękę do ust. Spiorunowała mnie swoim wzrokiem. Zaczęłam się uśmiechać.
-Dzięki, że mi to powiedziałaś. Obejdzie się bez twoich pierdolonych tłumaczeń.- zaśmiałam się i odciągnęłam Jade, która jeszcze filmowała.
-Nie wiesz nic, jak na razie!- krzyknęła wreszcie.
-Ależ ja wiem dużo.

Nastała lekcja w-f. Oczywiście Jade miała fizykę i nie było nikogo, kto chciałby ze mną ćwiczyć. Akurat dziś była siatkówka. Zwykle mam najgorzej.
Dziewczyny przebierały się i śmiały w szatni. Oczywiście, dopóki ja nie weszłam. Natychmiast ucichły i rzuciły się na ścianę. Nie wytrzymałam. Coś we mnie pękło. Kilka łez spłynęło po policzku. Niegdyś nawet lubiana, a teraz postrachem dla wszystkich. Nie wiem, czy akurat one powinny dowiedzieć się o tym pierwsze, ale zaryzykowałam. Wyciągnęłam z kieszeni telefon. Pomyślałam wcześniej o takich sytuacjach i poprosiłam Jade o przesłanie mi go.
-Chcecie znać prawdę?- krzyknęłam.- Proszę!
Schyliłam się i rzuciłam telefon. Urządzenie przejechało po podłodze i trafiło do rąk Elizabeth. Dziewczyna podniosła telefon i puściła filmik. Wszystkie dziewczyny się zdziwiły.
-No... to... ten... Chcemy cię przeprosić.- jąkała się Emmie.- Nie wiedziałyśmy, że to... no... ona to zmyśliła.
-Wszystko dobrze. Błagam. Prześlijcie wszystkim ten filmik. Niech się dowiedzą prawdy kto to zrobił.
Dziewczyny pokiwały głowami.
Dokończyłyśmy się przebierać i wyszłyśmy na boisko. Oczywiście, jak zwykle. Najpierw dwadzieścia kółek biegania, a potem godzina gry. Wkurwiona ukryłam się w krzakach i czekałam, aż wreszcie będzie piętnaście kółek. Nikt na mnie nie zwracał uwagi. Miałam w sobie tą niechęć do sportu i często mnie dublowali. Co ja gadam. Zawsze. Usiadłam za trybunami. Zaczęłam coś pisać na telefonie do Jade, kiedy usłyszałam chichotanie. Szybko schowałam się w pobliskich krzakach.
-I tak nie dowie się, że to ja ją zabiłam!- ktoś powiedział.
-Hm... Rach, ja bym uważała.- odparł drugi głos.
Już wiedziałam, że to Rachel i jej podwładne, Kayla i Demi.
-Niby czemu? Ta cała Straught jest na tyle głupia, żeby się nie domyślić. Tylko jak ją jeszcze bardziej wrobić?- zastanawiała się Rachel.
Ja, mądra, wzięłam ze sobą telefon i kamera działała już od początku rozmowy, gdy tylko tu doszły. Nie mogę mówić, że to ona, skoro nie mam żadnych dowodów. Caroline włączyła intensywne myślenie.
-Nieważne. Chciałyśmy się ponabijać z siatkareczek, jak wypinają dupy. Chodźcie.- zakpiła Rach.
Obeszły trybuny, aby być jak najbliżej boiska. Skorzystałam z okazji i wybiegłam z krzaków. Któraś z dziewczyn krzyknęła : "Zostało tylko siedem, trenerko!". Ja muszę zrobić w takim razie dziewięć, żeby być powolniakiem.

-Więc, Caroline, Sam. Wybieracie drużyny.
Wybrałam trzy najlepsze i dwie gorsze. Stanęłyśmy już gotowe do atakowania i innych takich rzeczy. Jednak nie mogłam się skupić, gdy Kayla, Demi i Rachel śmiały się tak głośno. Puściłam kilka piłek, ale w końcu wzięłam się w garść i waliłam gdzie popadnie.

-Hej, Caroline!- zawołała Jade.- Dostałam filmik! Ale z Rachel zołza.
-Cześć.- odpowiedziałam.- Prawie każdy go dostał, a Rach ma trafić do poprawczaka. Hm.. że zołza? Nie. To jest idiotka. Nie ma na nią słów.
Uwielbiałam spędzać czas z Jade. Zawsze mnie wspierała w ciężkich chwilach, ale nie spodziewałam się, że będzie ze mną aż w takich ciężkich. Gdy mi coś tłumaczyła o Kayli i Demi, tak po prostu rzuciłam jej się na szyję.
-A to za co?- zachichotała uwalniając się z uścisku.
-Za wszystko. Po prostu jesteś ze mną zawsze.
-Och... to miłe, Cary. Jednak nie będziemy razem zawsze.- posmutniała.
-Co? Ale jak?
-Cóż. Moi rodzice chcą się wyprowadzić z Canady do Londynu.- jej wyraz twarzy spoważniał, a oczy zrobiły się szkliste.
-Nie mogą! Jade...- przytuliłam ją mocno.
-To już postanowione.- łkała.- Dziś rano tata otrzymał pozwolenie, czy coś.
-Kiedy?
-Co kiedy?
-Kiedy wyjeżdżacie?
-Jutro o dziesiątej.- odparła.
Jade zaczęła przeraźliwie płakać; oparła się o moje ramie, a ja przytuliłam się do niej. Próbowałam wydusić z siebie chociaż jedną, małą łezkę. Daremnie. Zawsze nie potrafiłam okazywać uczuć. Nie wiem czemu, ale nawet nie przeszkadzał mi jej wyjazd. Jako przyjaciółka musiałam zareagować. Oszołomienie. Tak. Zawsze wiedziałam, że to najlepszy sposób. Jade spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-Hm... Czyli jednak nie będzie ci mnie brakować. Wiedziałam. Cały czas łudziłam się nad tym, że mnie lubisz. A tu proszę! Nawet okazania najmniejszej skruchy!- krzyknęła przez łzy.
-Nie umiem okazywać uczuć, Jade. Wiesz przecież o tym.
-Nieważne.- oblizała usta wstając z ławki.
Nie wiem. Na prawdę nie wiem. Dlaczego ona uważała, że mi nie zależało na przyjaźni? A może to jednak ona przyjaźniła się ze mną dla szpanu?
-O co ci chodzi?- przygryzłam wargę patrząc jej prosto w oczy.
-Od początku nigdy mnie nie wspierałaś, ani nawet chyba nie lubiłaś! Przyjaźniłaś się ze mną, bo nie miałaś znajomych.- hm... kolejne kazanie dzisiejszego dnia. Cóż. Szkoda, że nie zginęłam w tym pieprzonym wypadku.
-To nie tak! Od zawsze miałam problem z okazywaniem tych pieprzonych uczuć, ale nie musisz mnie za to od siebie odpychać.- warknęłam wściekła.- Wiesz co? Haha... Nie potrzebuję takich jak ty!
Jade nie wytrzymała. Opadła z powrotem na ławkę i włożyła twarz w dłonie. Jej włosy lekko powiewały na wiosennym wietrzyku.
-Jade... wybacz mi. Nie chciałam.
-Wiele rzeczy nie chciałaś, a mimo to robiłaś.- odparła spoglądając na mnie z odrazą.
Nigdy nie chciałam wywołać u niej takiego wzroku. Cóż... w końcu to ja ją do tego zmusiłam swoją kamienną twarzą. Zawsze spierdolę coś w najgorszym momencie życia.
-Och... Chcesz mnie mieć na sumieniu, gdy wyjedziesz?- spojrzałam z nadzieją na jej blond loki opadające lekko na ramiona.
-Nie.- wyszeptała cicho.- Dlaczego się kłócimy?
-Czasem to jest potrzebne, ale chcę, żebyś wiedziała, że zależy mi na tej przyjaźni. Nie jestem pusta.
-Wiem. Obiecaj mi coś.
-Hm?- wpatrywałam się uważnie w jej szare, duże oczy.
-Nie wpakuj się w żadne kłopoty, gdy mnie nie będzie, okej?- ona mówiła to bardzo poważnie, a ja znów spieprzyłam sprawę moim śmiechem.
-Okej.- uspokoiłam się.
-Kto będzie brał odpowiedzialność za twoje żarty? Kto będzie brał na siebie winę? No kto?- zapytała trącając mnie w ramie.
-Nikt...- wyszeptałam w duchu przeklinając jej rodziców.

Szłam powoli ulicą. W słuchawkach leciało "Pound The Alarm" Nicki Minaj. Przypadkowa, jak zwykle. Jednak sprawiała, że szłam szybko, więc postanowiłam jej słuchać. Skręciłam w jedną z bocznych uliczek, aby skrócić sobie drogę do domu. Szczęście chyba mnie zaczęło unikać. Pod ścianą bloku siedział James i Daniel. Oboje palili papierosy śmiejąc się z głupich żartów. Obok leżały dwie puste puszki po piwie. Przestraszyłam się trochę, ale nadal szłam pewnie. Gdy tylko ujrzeli mnie ujrzeli, z zaciekawienia aż stanęli prosto. Nie raz i nie dwa chodziłam tym skrótem często ich tu spotykając. Nie mam pojęcia czemu aż tak bardzo ich to zdziwiło. Uniosłam brew ze zdumienia. James powoli zaczął kroczyć w moim kierunku chwiejąc się lekko. Straciłam trochę pewności siebie, ale mogłam im zagrozić śmiercią. W końcu chyba cała szkołą oskarżała mnie o to gówno. Daniel stał w miejscu. Widać, że jedno piwo mu nie zaszkodziło i nadal był w miarę trzeźwy. Tacy ludzie są czasem bardzo przydatni w tak głupich sytuacjach. Zerknęłam na Jamesa. Wydawał się być zły. Czułam, że na grożeniu to się nie skończy. Dalej szłam, lecz już mniej pewnie. Zdjęłam słuchawki z uszu. Hm... Zaraz się zacznie.
-Hej, mała...- powiedział, a ja wyczułam ten okropny zapach. Co oni wlali do tego? Hmm... no tak. Coś mocniejszego. Po piwie nic takiego nie pozwoliłoby mu podejść do mnie i zagadać.
-Um... hej.- odpowiedziałam przystając na chwilę. Czułam się niekomfortowo w towarzystwie najebanego idioty.
-Daj mi buzi.- po tych słowach przybliżył swoją twarz do mojej. Automatycznie się odsunęłam. Nie mogę pozwolić mu na takie coś. Nie jestem dziwką.
-Nie chcesz? Zaraz zobaczysz, dlaczego nie powinnaś mi odmawiać!- krzyknął. Poczułam strach. Daniel nie ruszał się. Czekał na odpowiedni moment, aby zainterweniować. Przynajmniej tak sądziłam.
James dosłownie rzucił się na mnie powalając mnie na ziemię. Świetnie. Moje wspaniałe, nowe spodnie są do prania!
-Spierdalaj!- krzyknęłam.
-Haha, skarbie, chyba nie sądzisz, że tak łatwo się poddam?- zaśmiał się złowieszczo.
James rozebrał mi bluzkę. Nie wiem, jak mu się to udało, bo szarpałam się z nim i biłam go. Zaczął dobierać się do stanika. Daniel ni stąd ni zowąd podbiegł do niego i odepchnął go w stronę śmietnika. Wspominałam, że śmietnik był metalowy?
Płakałam. Daniel objął mnie ramieniem i zabrał pod ścianę.
-Ta bluzka raczej będzie bezużyteczna.- wskazał wzrokiem na kawałki materiału znajdujące się na ziemi.
-Nie.- odparłam wtulając się w niego.
-Ty debilu! To tylko dziewczyna! Co ci odjebało?- warknął do Jamesa, który próbował wstać.
-Świetnie. Jak ja wrócę do domu? James... on jest głupi.- w takich sytuacjach potrafiłam płakać. Tia... Gdy przyjaciółka wyprowadza się na stałe dokądś indziej to aż mi chcę się uśmiechać. Nieważne.
-Wiem. Trzymam z nim, bo daje mi fajki.- uśmiechnął się chłopak.
-Nie piłeś?- zapytałam zdziwiona.
-Nie...- zaśmiał się.- To on to wypił. Sam nie wiem co było w środku. Podobno nalał tam czegoś bardzo mocnego, a teraz widzimy tego efekty.
Nic nie odpowiedziałam, tylko oparłam się o mur. Dopiero teraz zauważyłam, że rozmawiam z chłopakiem w dość nietopowym ubraniu. Natychmiast poczułam uderzający dyskomfort.
-Hej, co jest?- zapytał troskliwie.
-Jak mam z tobą gadać, skoro mam tylko stanik?- zarumieniłam się.
-Masz.- ściągnął koszulkę, odsłaniając swój idealny ABS. Wtedy wyglądał tak pięknie. Starałam się odrzucić te myśli z mojej głowy. Przecież... nie znamy się.
-Dasz mi fajkę?- zapytałam.
-Jasne, ale lepiej nie.
-Czemu?- uniosłam brew.
-Bo to cię będzie zabijać od środka.
-A ty to co?
-To nie takie łatwe. Tak po prostu rzucić. Nie da się.
-Wszystko się da. Trzeba tylko uwierzyć.- wyrwałam mu ćmika z ręki.
-EJ!- krzyknął zabawnie podnosząc brew.
-Za późno.- włożyłam papierosa do ust.
-Paliłaś kiedyś?
-Hmm... Kiedy miałam trzynaście lat. Przez rok.
-Nieźle.- uśmiechnął się.

-Chodź. Odprowadzę cię do domu. Lepiej nie wracać samej do domu o takiej porze.- powiedział Daniel.
-Hm... Okej. Ale ostrzegam. To nie tak blisko.
-Spoko.

Przez całą drogę Daniel opowiadał mi o sobie, a ja również coś powiedziałam na swój temat.
-Miło było.- uśmiechnął się.
-Prawda.
-No to cześć.
-A co z bluzką?- zapytałam nagle. Było tak wspaniale, że chciałam zatrzymać go przy sobie jak najdłużej. O nie! Chyba się w nim zakochałam...!
-Cóż... Weź na pamiątkę.- zaśmiał się.
-Dzięki.- przygryzłam wargę, czując jak się zarumieniłam.
Daniel nic więcej nie powiedział tylko przytulił mnie. I ten jego ABS!
Nieważne. Nie mogę o nim teraz myśleć. Skierowałam się do w stronę drzwi wejściowych i ostrożnie nacisnęłam klamkę. Była chyba dziesiąta w nocy. Hmm.. trochę z Danielem posiedziałam. Wszedłszy do domu, rzuciłam się na kanapę.
-Co ty tu robisz, dziecko? O takiej porze do domu się nie wraca!- usłyszałam głos mamy nad głową.
-Jak widać, leżę. Jak widać, można wracać. Weź się odczep.- odpowiedziałam zabierając torbę z podłogi i zdejmując pospiesznie buty. Słyszałam cały czas jej groźne kary, które zastosuje w moim przypadku. Jezu... super. Weszłam do pokoju. Pierwszą rzeczą było wparowanie do łazienki w celu spotkania się z lustrem. No cóż. Zdjęłam bandaże odsłaniając rany i zadrapania. Nie było aż tak źle. Faktycznie, balsam z pokrzyw pomógł. Posmarowałam się nim na noc, po czym przebrałam się w piżamę. Wskoczyłam do łóżka. Jak było bosko znaleźć się w ciepłym kocu, po tak ciężkim dniu. Mój telefon nagle za wibrował. Jedna nieodczytana wiadomość.
"Spotkamy się jutro? 
Dan. ;*"
Akurat jutro? No błagam cię, człowieku!

piątek, 15 marca 2013

Chapter One

   Stałam na ciemnej ulicy. Padał deszcz. Nagle zauważyłam zbliżające się reflektory samochodu. Rozłożyłam ręce, czekając na swoją bolesną śmierć. Jednak kierowca zatrzymał się z piskiem, a bok auta był tylko kilka centymetrów dalej. Z pojazdu wyszedł facet mający około trzydziestu lat. Miał rozzłoszczoną minę. Podszedł do mnie i chwycił za ramie, które zesztywniało, podobnie jak całe ciało, podczas napływu strachu.
-Co ty sobie wyobrażasz, gówniaro?- usłyszałam piskliwy głos mężczyzny.
Nie odpowiedziałam. Starałam się zachować zimną krew.
-Odpowiedz mi, jak do ciebie mówię!- krzyknął.
-Stoję i czekam.- szepnęłam z goryczą.
-Na co czekasz, dziecko?- zapytał zniecierpliwiony.
-Na śmierć.
-Wsiadaj do samochodu. Odwiozę cię.
-Dlaczego chcesz mi pomóc?
-Bo nie jestem debilem. Nie zostawię cię tu na pastwę losu.- uśmiechnął się, po czym szarpnął moją rękę.
-Au!- zawyłam.
-Przepraszam. Wchodź do samochodu.
Nie odpowiedziałam mu i ruszyłam w kierunku drzwi. Usiadłam na miejscu pasażera i zapięłam pasy. Facet zrobił to samo, a potem podał mi koc. Chwila ciszy, która była strasznie dyskomfortowa. Jednak z minuty na minutę przybywało mi odwagi. Z resztą mężczyźnie również.
-Więc... jak masz na imię?- zapytał patrząc na drogę.
-Jestem Caroline.- odparłam wpatrując się w las przez mokrą szybę.
-Hm... a ile masz lat?
-Mam szesnaście lat. A jak ty masz na imię?
-Czekaj... Nie wydaję mi się, żebyśmy przeszli na TY. Trochę szacunku dla starszych, dziewczyno.- zagrzmiał.
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
-Jesteś niemiła.- rzekł po chwili, wyjmując z kieszeni telefon.- Jestem Johnny.
-Ładne imię. Ile masz lat?
-Mam lat dwadzieścia dziewięć. Za miesiąc są moje urodziny.- odpowiedział.
Przykryłam się miękkim kocem i oparłam głowę o szybę. Poczułam chłód, który we mnie uderzył. Johnny spojrzał na mnie uważnie. Czuł, że coś jest ze mną nie tak. Musiał myśleć teraz o moich słowach. (Na śmierć.) Zdziwił go fakt, że taka gówniara jak ja mówiła takie rzeczy w nocy na ulicy. W dodatku byliśmy na jakimś pustkowiu.
-Dlaczego chciałaś umrzeć?- zapytał powoli przesuwając palcem po kierownicy.
-Dlatego, że wszyscy myślą, że zabiłam dziewczynę.
-A to zrobiłaś?
-Nie.
-Kto to był?- wypytywał Johnny.
-Jessica Storm.- kilka łez poleciało mi po policzku. Nie. Nie dlatego, że mi jej żal, albo zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy to zrobiłam. Płakałam dlatego, że ludzie mnie o to osądzali bez powodu. To fakt. Ja i Jessica nie byłyśmy koleżankami. Nie znałam jej nawet. Nie lubiłam jej. Po prostu była mi obca. Całe moje otoczenie, co było dotychczas, zniknęło nie wiadomo gdzie. Ludzie myśleli, że to ja, ponieważ, podobno według siostry Jessicy, Rachel, nienawidziłyśmy się od zawsze. Podobno kiedyś Storm coś mi zrobiła. Gdyby to była prawda, to i tak puściłabym to w przeszłość.
-Hmm...- zamyślił się.- Ciężka sprawa. Na pewno nie jesteś winna. Zastanawia mnie tylko, dlaczego ty nie chcesz powiedzieć ludziom całej prawdy? Skoro to nie ty... Czemu chciałaś się zabić?
-Nie chcę już cierpieć.
-Dziewczyno! O B U D Ź   S I Ę !- krzyknął niemalże, prawie powodując wypadek.
Skończyło się na tym. Mimo jego błagań, abym jeszcze mu coś powiedziała na temat morderstwa, ja byłam silna. Szkoda tylko, że nie miałam tej siły, gdy chciałam płakać. Wtuliłam się w koc i oparłam ponownie o szybę. Tym razem twarz również przykryłam. Po polikach spływały mi potoki łez. W ostatnim czasie bardzo cierpiałam i może powinnam zaufać temu facetowi. Co ja gadam! Ledwo go znam, a myślę o nim w taki sposób. Był ładny, to fakt. Ale bez przesady! Facet ma dwadzieścia dziewięć lat, a ja dopiero szesnaście! Był wysokim brunetem o pięknych, błękitnych oczach. Postanowiłam wreszcie wyjrzeć zza koca. Zerknęłam na mężczyznę. Jechaliśmy już strasznie długo. Przecież z miasta do "pustkowia" było tylko dwadzieścia minut pieszo... Mężczyzna starał się nie okazywać zadowolenia, ale jednak na jego twarzy pojawił się niemały uśmieszek. Zdecydowałam się zacząć kolejną bezsensowną rozmowę z Johnnym.
-Jo-Johnny?
-Tak?- zapytał zdziwiony. Pewnie myślał, że śpię.
-Dokąd tak właściwie jedziemy? Z miasta do miejsca, w którym chciałam śmierci, było tylko dwadzieścia minut, więc, do cholery, gdzie ty mnie wieziesz?- zapytałam z irytacją.
-Nie mówiłaś, gdzie dokładnie chcesz jechać, więc jedziemy do mnie do domu.
-CO?! Teraz mam pewność, że jesteś kolejnym zbokiem!- krzyknęłam, po czym otworzyłam drzwi.
Tak. W tym momencie chciałam się zabić. Wiedziałam, co ma zamiar zrobić w nocy. Inaczej zapytałby dokąd chcę pojechać.
-Co ty robisz?- krzyknął przerażony- Jesteś wariatką!
Hamował. W tym czasie, kiedy wydostawałam się z pasów i koca powiedziałam mu, że chcę śmierci, bo on zrobi mi piekło. Wyskoczyłam. Byłam nad ziemią. Chwilę leciałam, po czym opadłam na mokry i zimny asfalt. Poczułam ból w całym ciele. Usłyszałam tylko głośny pisk opon i wybuch. Nie wiem, co się dokładnie stało, ale nie umiałam powstrzymać się przed zamknięciem oczu.

   Czułam, że ktoś mną trzęsie i woła do mnie niezrozumiałe słowa. Musiałam chwilę pomrugać za nim ogarnęłam to wszystko. Podniosłam się na łokciach i szeroko otworzyłam oczy ze zdumienia. Nade mną stał zaniepokojony Johnny z ranami i zniszczonym ubraniem.
-Dziewczyno! Czy ty wiesz, co właśnie zrobiłaś?- krzyknął.
-Co?- zapytałam z trudem.
-Jesteś powodem wypadku.
Johnny był naprawdę wkurzony. Nie wiedziałam co powiedzieć. Teraz  w ogóle nie mogłam nic mówić.
-John...- próbowałam wymówić jego imię.
-Mogę być John, tylko mnie zostaw w spokoju. Nie chcę mieć z tobą do czynienia! Zniszczyłaś mój samochód.
Te słowa bardzo mnie zabolały i znów położyłam głowę na mokrym asfalcie. Łzy płynęły mi po polikach. Johnny odszedł z tego miejsca, tak szybko, jak to tylko było możliwe. Wiedziałam, że mnie nienawidził. Kolejna osoba uznawała mnie za potwora.

  Leżałam długo. W końcu zdecydowałam się wrócić do domu, gdziekolwiek był. Podniosłam się z ziemi. Jednak szybko tego pożałowałam. Noga przeraźliwie mnie zabolała. Musiałam sobie nieźle ją stłuc. Na pewno nie była złamana. Gdyby byłą to raczej poczułabym to. Dotknęłam twarzy. Przybliżyłam ręce do oczu, po czym uznałam, że mam buzię we krwi. Postanowiłam pójść poszukać jakiegoś przystanka, żeby przenocować. W końcu na niego natrafiłam. Cholernie bałam się wszystkiego co mnie otaczało. Jedyne, co mnie pocieszało, było to, że mogę tu umierać. Nie chciałam być odsunięta od ludzi przez coś, czego ja nie zrobiłam. Weszłam do środka. Była wilgotna ziemia, jednak reszta pozostała sucha. Opadłam na kamienną ławkę. Zdjęłam z siebie przemoczoną bluzę, pozostając tym samym w krótkim rękawku, i położyłam pod głowę. Chciałam chodź na chwilę zapomnieć o tym pierdolonym świecie, w którym nikt nie ufa nikomu. Zamknęłam oczy i zaczęłam rozmyślać o ostatnich wydarzeniach. Johnny był na mnie wkurzony i miał takie prawo. Jednak, czy na pewno jestem niewinna w kwestii morderstwa? Może to jednak ja? Może zrobiłam to, gdy ktoś napoił mnie alkoholem lub narkotykami? A może była to tabletka gwałtu? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Jestem zdruzgotana.

~~
Myślę, że nie chcielibyście przeżyć takich rzeczy jak Caroline. Życzę wam miłego czytania dalszych wydarzeń w historii Caroline. :)

czwartek, 14 marca 2013

Wprowadzenie

Cześć. Jestem Julia i będę prowadziła bloga z opowiadaniem. Cała historia toczy się wokół dziewczyny, która jest uznawana za mordercę, chociaż tego nie zrobiła. Potem naprawdę zaczyna zabijać ludzi. Wystarczy, że ktoś powie na jej temat  coś złego... Niedługo potem idzie do poprawczaka, gdzie poznaje chłopaka. Zaprzyjaźniają się, ale co z tego wyniknie. On również zabił pewną osobę. Razem zakładają grupę...
Więcej nic nie powiem, bo zepsuję wam czytanie. Ogólnie nie chcę pisać przesłodzonych historii, więc będą niezłe zwroty akcji. Jednak w niektórych rozdziałach będzie słodko. Zawsze tak jest. :3
Zapraszam. :)