piątek, 15 marca 2013

Chapter One

   Stałam na ciemnej ulicy. Padał deszcz. Nagle zauważyłam zbliżające się reflektory samochodu. Rozłożyłam ręce, czekając na swoją bolesną śmierć. Jednak kierowca zatrzymał się z piskiem, a bok auta był tylko kilka centymetrów dalej. Z pojazdu wyszedł facet mający około trzydziestu lat. Miał rozzłoszczoną minę. Podszedł do mnie i chwycił za ramie, które zesztywniało, podobnie jak całe ciało, podczas napływu strachu.
-Co ty sobie wyobrażasz, gówniaro?- usłyszałam piskliwy głos mężczyzny.
Nie odpowiedziałam. Starałam się zachować zimną krew.
-Odpowiedz mi, jak do ciebie mówię!- krzyknął.
-Stoję i czekam.- szepnęłam z goryczą.
-Na co czekasz, dziecko?- zapytał zniecierpliwiony.
-Na śmierć.
-Wsiadaj do samochodu. Odwiozę cię.
-Dlaczego chcesz mi pomóc?
-Bo nie jestem debilem. Nie zostawię cię tu na pastwę losu.- uśmiechnął się, po czym szarpnął moją rękę.
-Au!- zawyłam.
-Przepraszam. Wchodź do samochodu.
Nie odpowiedziałam mu i ruszyłam w kierunku drzwi. Usiadłam na miejscu pasażera i zapięłam pasy. Facet zrobił to samo, a potem podał mi koc. Chwila ciszy, która była strasznie dyskomfortowa. Jednak z minuty na minutę przybywało mi odwagi. Z resztą mężczyźnie również.
-Więc... jak masz na imię?- zapytał patrząc na drogę.
-Jestem Caroline.- odparłam wpatrując się w las przez mokrą szybę.
-Hm... a ile masz lat?
-Mam szesnaście lat. A jak ty masz na imię?
-Czekaj... Nie wydaję mi się, żebyśmy przeszli na TY. Trochę szacunku dla starszych, dziewczyno.- zagrzmiał.
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
-Jesteś niemiła.- rzekł po chwili, wyjmując z kieszeni telefon.- Jestem Johnny.
-Ładne imię. Ile masz lat?
-Mam lat dwadzieścia dziewięć. Za miesiąc są moje urodziny.- odpowiedział.
Przykryłam się miękkim kocem i oparłam głowę o szybę. Poczułam chłód, który we mnie uderzył. Johnny spojrzał na mnie uważnie. Czuł, że coś jest ze mną nie tak. Musiał myśleć teraz o moich słowach. (Na śmierć.) Zdziwił go fakt, że taka gówniara jak ja mówiła takie rzeczy w nocy na ulicy. W dodatku byliśmy na jakimś pustkowiu.
-Dlaczego chciałaś umrzeć?- zapytał powoli przesuwając palcem po kierownicy.
-Dlatego, że wszyscy myślą, że zabiłam dziewczynę.
-A to zrobiłaś?
-Nie.
-Kto to był?- wypytywał Johnny.
-Jessica Storm.- kilka łez poleciało mi po policzku. Nie. Nie dlatego, że mi jej żal, albo zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy to zrobiłam. Płakałam dlatego, że ludzie mnie o to osądzali bez powodu. To fakt. Ja i Jessica nie byłyśmy koleżankami. Nie znałam jej nawet. Nie lubiłam jej. Po prostu była mi obca. Całe moje otoczenie, co było dotychczas, zniknęło nie wiadomo gdzie. Ludzie myśleli, że to ja, ponieważ, podobno według siostry Jessicy, Rachel, nienawidziłyśmy się od zawsze. Podobno kiedyś Storm coś mi zrobiła. Gdyby to była prawda, to i tak puściłabym to w przeszłość.
-Hmm...- zamyślił się.- Ciężka sprawa. Na pewno nie jesteś winna. Zastanawia mnie tylko, dlaczego ty nie chcesz powiedzieć ludziom całej prawdy? Skoro to nie ty... Czemu chciałaś się zabić?
-Nie chcę już cierpieć.
-Dziewczyno! O B U D Ź   S I Ę !- krzyknął niemalże, prawie powodując wypadek.
Skończyło się na tym. Mimo jego błagań, abym jeszcze mu coś powiedziała na temat morderstwa, ja byłam silna. Szkoda tylko, że nie miałam tej siły, gdy chciałam płakać. Wtuliłam się w koc i oparłam ponownie o szybę. Tym razem twarz również przykryłam. Po polikach spływały mi potoki łez. W ostatnim czasie bardzo cierpiałam i może powinnam zaufać temu facetowi. Co ja gadam! Ledwo go znam, a myślę o nim w taki sposób. Był ładny, to fakt. Ale bez przesady! Facet ma dwadzieścia dziewięć lat, a ja dopiero szesnaście! Był wysokim brunetem o pięknych, błękitnych oczach. Postanowiłam wreszcie wyjrzeć zza koca. Zerknęłam na mężczyznę. Jechaliśmy już strasznie długo. Przecież z miasta do "pustkowia" było tylko dwadzieścia minut pieszo... Mężczyzna starał się nie okazywać zadowolenia, ale jednak na jego twarzy pojawił się niemały uśmieszek. Zdecydowałam się zacząć kolejną bezsensowną rozmowę z Johnnym.
-Jo-Johnny?
-Tak?- zapytał zdziwiony. Pewnie myślał, że śpię.
-Dokąd tak właściwie jedziemy? Z miasta do miejsca, w którym chciałam śmierci, było tylko dwadzieścia minut, więc, do cholery, gdzie ty mnie wieziesz?- zapytałam z irytacją.
-Nie mówiłaś, gdzie dokładnie chcesz jechać, więc jedziemy do mnie do domu.
-CO?! Teraz mam pewność, że jesteś kolejnym zbokiem!- krzyknęłam, po czym otworzyłam drzwi.
Tak. W tym momencie chciałam się zabić. Wiedziałam, co ma zamiar zrobić w nocy. Inaczej zapytałby dokąd chcę pojechać.
-Co ty robisz?- krzyknął przerażony- Jesteś wariatką!
Hamował. W tym czasie, kiedy wydostawałam się z pasów i koca powiedziałam mu, że chcę śmierci, bo on zrobi mi piekło. Wyskoczyłam. Byłam nad ziemią. Chwilę leciałam, po czym opadłam na mokry i zimny asfalt. Poczułam ból w całym ciele. Usłyszałam tylko głośny pisk opon i wybuch. Nie wiem, co się dokładnie stało, ale nie umiałam powstrzymać się przed zamknięciem oczu.

   Czułam, że ktoś mną trzęsie i woła do mnie niezrozumiałe słowa. Musiałam chwilę pomrugać za nim ogarnęłam to wszystko. Podniosłam się na łokciach i szeroko otworzyłam oczy ze zdumienia. Nade mną stał zaniepokojony Johnny z ranami i zniszczonym ubraniem.
-Dziewczyno! Czy ty wiesz, co właśnie zrobiłaś?- krzyknął.
-Co?- zapytałam z trudem.
-Jesteś powodem wypadku.
Johnny był naprawdę wkurzony. Nie wiedziałam co powiedzieć. Teraz  w ogóle nie mogłam nic mówić.
-John...- próbowałam wymówić jego imię.
-Mogę być John, tylko mnie zostaw w spokoju. Nie chcę mieć z tobą do czynienia! Zniszczyłaś mój samochód.
Te słowa bardzo mnie zabolały i znów położyłam głowę na mokrym asfalcie. Łzy płynęły mi po polikach. Johnny odszedł z tego miejsca, tak szybko, jak to tylko było możliwe. Wiedziałam, że mnie nienawidził. Kolejna osoba uznawała mnie za potwora.

  Leżałam długo. W końcu zdecydowałam się wrócić do domu, gdziekolwiek był. Podniosłam się z ziemi. Jednak szybko tego pożałowałam. Noga przeraźliwie mnie zabolała. Musiałam sobie nieźle ją stłuc. Na pewno nie była złamana. Gdyby byłą to raczej poczułabym to. Dotknęłam twarzy. Przybliżyłam ręce do oczu, po czym uznałam, że mam buzię we krwi. Postanowiłam pójść poszukać jakiegoś przystanka, żeby przenocować. W końcu na niego natrafiłam. Cholernie bałam się wszystkiego co mnie otaczało. Jedyne, co mnie pocieszało, było to, że mogę tu umierać. Nie chciałam być odsunięta od ludzi przez coś, czego ja nie zrobiłam. Weszłam do środka. Była wilgotna ziemia, jednak reszta pozostała sucha. Opadłam na kamienną ławkę. Zdjęłam z siebie przemoczoną bluzę, pozostając tym samym w krótkim rękawku, i położyłam pod głowę. Chciałam chodź na chwilę zapomnieć o tym pierdolonym świecie, w którym nikt nie ufa nikomu. Zamknęłam oczy i zaczęłam rozmyślać o ostatnich wydarzeniach. Johnny był na mnie wkurzony i miał takie prawo. Jednak, czy na pewno jestem niewinna w kwestii morderstwa? Może to jednak ja? Może zrobiłam to, gdy ktoś napoił mnie alkoholem lub narkotykami? A może była to tabletka gwałtu? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Jestem zdruzgotana.

~~
Myślę, że nie chcielibyście przeżyć takich rzeczy jak Caroline. Życzę wam miłego czytania dalszych wydarzeń w historii Caroline. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz