*In My Dream*
Czułam na sobie czyiś wzrok. Dotychczas patrzyłam na świeżo zamurowaną ścianę. Rozejrzawszy się dookoła znalazłam stary, lecz ostry pręt. Zza zakrętu wyszedł mężczyzna. Miał czarną kominiarkę, więc nie byłam w stanie zobaczyć jego twarzy. Hm... stop. Jego oczy... one były takie... znajome.Niebezpiecznie do mnie podszedł. W ręku trzymał nóż. Nóż kontra stary pręt? Może być zabawnie. Facet uniósł groźnie rękę, a w świetle księżyca błysnął srebrny przedmiot. Cofnęłam się pod mur. Przyparta do niego błagałam o pomoc, jednak ta znikąd nie przychodziła. Przypomniałam sobie o pręcie, którym trzymałam w dłoni. Mężczyzna był coraz bliżej, robiło się coraz niebezpieczniej. Uniosłam rękę i rzuciłam się na niego. Wbiłam mu Ostry pręt w pierś i patrzyłam w jego oczy. Z ręki wypadł nóż, czarna bluzka była już mokra od krwi, a on dyszał ciężko. Przyłożyłam dłoń do ust, a z moich oczu wyleciały łzy. Na moich oczach ginął właśnie człowiek. Tak. Przerażające. Zaczęłam uciekać. Na murze spostrzegłam drabinę i zaczęłam się wspinać. Mężczyzna błagał mnie o pomoc, ale wkrótce potem wyzionął ducha. Dotarłszy na dach bloku, usiadłam i zaczęłam płakać. Jak ja mogłam to zrobić?
*End Of My Dream*
Ze snu, a raczej koszmaru, wybudził mnie alarm telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz. Dopiero piąta dwadzieścia siedem. Jednak nie chciało mi się spać. Zamiast tego ubrałam się i umyłam. Zajęło mi to mniej niż dziesięć minut. Usiadłam przy biurku i otworzyłam laptopa. Miałam tysiąc zaproszeń do znajomych na Facebooku. Około. Przepraszam, ale czy ci ludzie wierzyli mi? Nie. Oni wierzyli pierdolonej Rachel. Zaśmiałam się sarkastycznie. Widocznie uważali mnie za idiotkę. Nie mogłam pozwolić, aby znaleźli się w moich znajomych. Nie wierzyli mi od początku. Ta garstka znajomych, która mnie wspierała i została... oni byli mądrzy, reszta to jełopy. Jak można myśleć, że ja kogoś zamordowałam? Nie znałam Jessicy i to właśnie głupie. Nieważne. Muszę się skupić na tym co ważniejsze. Mam dziś iść do Jade, aby pożegnać się z nią. Nie było to dla niej łatwe, tym bardziej dla mnie. Właściwie to NIE. Dla mnie to rozstanie z nią było nawet na rękę. Nie wiem czemu. Po prostu moje myśli skierowane były na Rachel. Chciałam koniecznie dopiec tej dziwce za wszystko co mi się przydarzyło. Teraz idzie do poprawczaka, ale co z tego? Haha... nawet nie chcę widzieć tej jej dupy. Wystarczająco mnie wkurzyła.
Wyłączywszy laptopa wzięłam do ręki telefon i sprawdziłam godzinę. Oczywiście, było dopiero siedem po szóstej. Jak zwykle, czas nie mija mi zbyt szybko. Jednak coś ze sobą muszę zrobić. Dziś raczej urwę się z lekcji. Robiłam to kiedyś, ale przestałam nie wiadomo dlaczego. Stare czasy powrócą. Cóż. Wzięłam torbę. Spakowałam do niej kilka zeszytów, picie, jakiegoś batona z biurka, portfel i telefon. Zawsze miałam potrzebne do przetrwania rzeczy. Postanowiłam wymknąć się przez okno, żeby nie narobić hałasu. Ostrożnie uchyliłam ją, po czym wyskoczyłam. Zsunąwszy się z dachu, chwyciłam oburącz rynnę i zjechałam na dół. Potem przemknęłam niezauważalnie pod oknem i byłam na ulicy. Nie mogę czekać sama do dziesiątej. Wystukałam na telefonie wiadomość do Daniela.
"Przepraszam, pewnie cię budzę, ale mam prośbę. Spotkajmy się tam gdzie pobiłeś Jamesa, okej? Nie chcę sama czekać do dziesiątej, później wytłumaczę. :)
C. xx"
Mój podpis był znajomy dla każdego. Zawsze podpisywałam się "C. xx", aby się wyróżnić. Po chwili przyszła wiadomość.
"Jasne, nie śpię już od dawna. Podobało mi się wczoraj. Będę za dziesięć minut... :3
Dan."
Haha. Podobało mu się? Słodki... cóż, nieważne. Nie mogę z nim być. Znam go zaledwie od wczoraj, a już coś do niego poczułam? To jest dziwna sytuacja.
Zaczęłam powoli iść ulicą. Obejrzałam się za siebie. Nikogo nie było. Czułam się strasznie. Przyspieszyłam krok. Jednak po chwili zauważając reflektory i warkot silnika, zaczęłam uciekać. Nie wiem. Często byłam straszona w dzieciństwie, że ktoś może mnie zabić lub pobić. Traumom z mojego dzieciństwa była pewna sytuacja, że kiedyś matka wysłała mnie do sklepu po najzwyklejsze w świecie ciastka. Na początku było jasno, ale jak wracałam ze sklepu było ciemno. Niosłam paczkę w ręce i śpiewałam sobie jakieś piosenki. Nagle z zza rogu wyskoczył starszy chłopak. Wspominałam, że miałam wtedy około siedmiu, sześciu lat? A on miał piętnaście. W każdym razie, podszedł do mnie i mocno uderzył. Potem usiadł na moim bezbronnym ciele i bił po twarzy. Płakałam i wrzeszczałam, ale to nic nie pomogło. On po chwili wstał i podziękował za ciasteczka. Ja z rykiem pobiegłam do domu. Tam wszyscy byli zadziwieni i tak dalej. Miesiąc później ktoś postanowił się na nim odegrać i pobił go tak, że chłopak zmarł na miejscu. Sprawcy nie znano.
Wreszcie dotarłam do umówionego miejsca. Daniel już tam czekał.
-Hej.- odparłam, wkładając kosmyk włosów za ucho.
-Cześć, piękna.- podszedł i mnie przytulił.
Nie wiedziałam jak się zachowywać.
-Co chcesz robić o tak wczesnej porze?- zachichotał patrząc na mnie.
-Nie wiem, możemy iść do ciebie do domu.- przygryzłam wargę.
-Spoko, ale dlaczego?
-No bo nie miałam ochoty na spanie, a dziś muszę pożegnać przyjaciółkę przeprowadzającą się do zupełnie innego miasta.
-Mhm... rozumiem.- przytaknął gładząc mnie po policzku.- Wiesz, muszę ci coś wyznać.
-Tak?- zapytałam uśmiechając się.
-Zakochałem się w tobie.
-Słuchaj. Ja chyba też, ale to za wcześnie. Nie znamy się praktycznie, a co jeśli...
Daniel pocałował mnie znienacka, a ja odskoczyłam. Przerwał mi wpół słowa!
-DANIEL!- krzyknęłam cicho.
-Co?- zapytał zdziwiony.
-Czemu to zrobiłeś? Mówię chyba, że to za wcześnie.
-Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać.
-Daruj sobie.- warknęłam w jego stronę i zaczęłam odchodzić, kiedy on złapał mnie za ramię.
-Zrozum, Caroline. Ja nie jestem zły, ja cię kocham. Chcę ciebie.- wyszeptał mi w ucho.- Nie mów, że ci się nie podobało.- I ponownie pocałował mnie w usta. Zrezygnowana odwzajemniłam, bo wiedziałam, że nie da mi spokoju póki nie dam mu szansy. Podobał mi się, to fakt. Ale jednak, czy to nie za wcześnie? Nieważne. Również go kocham.
-Ja ciebie też.- wyszeptałam, gdy się od siebie oderwaliśmy.
-Cieszę się.- objął mnie ramieniem.
-Hej Cary!- usłyszałam smutny głos Jade.
-Cześć Jade.- przytuliłam ją.
-A kto to?- wskazała na chłopaka stojącego za na mi. Czułam, że był lekko zestresowany.
-Cóż... to jest Daniel. Jesteśmy tak jakby razem.- wyszeptałam ostatnie zdanie.
-Aha...- powiedziała podając mu rękę.- No ja właśnie wyjeżdżam...- odparła, a klika łez spłynęło jej po różowym policzku.
-Miło mi, a jednocześnie smutno...?- Dan nie wiedział jak ma się zachować w obecności mojej przyjaciółki. W końcu każde słowo mogło ją zranić. Oczywiście w kwestii wyjazdu.
-Spoko.- odparła odwracając wzrok. Po chwili jednak stanęła do nas tyłem.
-Cóż, to ja ten... tego... idę?- zapytałam Jade. W tym momencie zachowałam się egoistka, ale nie moja wina, że ostatnimi czasy nasza przyjaźń zniknęła gdzieś i nie chciała wrócić.
Jade zatrzymała mnie łapiąc za mój nadgarstek. w oczach miała łzy.
-Żartujesz sobie? Jesteś totalną idiotką! Może jednak to dobrze, że wyjeżdżam, bo przynajmniej nie zobaczę już więcej twojej paskudnej mordy...- ścisnęła mocno mój nadgarstek. Nie wiedziałam, skąd ona ma tyle siły?- Pieprz się!- krzyknęła na cały głos uderzając pięścią mój policzek.
-Auuu!!!- krzyknęłam opadając na chodnik.- Popierdoliło cię, czy jak? Nie moja wina, że psujesz wszystko na swojej drodze, dążąc do swojego chorego celu!- Dan pomógł mi wstać.
-Dziewczyny, proszę...- wyszeptał.
-Nie, ona musi mi zapłacić za to, co mi właśnie zrobiła!- krzyknęłam.
Strach był w oczach niewinnej niegdyś dziewczyny, która bała się zagadać do kogokolwiek. Jej nieśmiałość w jednym momencie, pod wpływem emocji, zamieniła się w odwagę i siłę. Teraz skuliła się widząc, że nie mam zamiaru odejść stąd, dopóki nie oberwie.
Z krzykiem rzuciłam się na nią i zaczęłam walić, gdzie popadnie. Daniel próbował uspokoić mnie, ale weszłam jakby w trans. Miałam napad furii. Jej twarz powoli stawała się czerwona od krwi. Gdzieniegdzie tworzyły się fioletowo-zielone sińce. Trafiłam ją w brzuch i usłyszałam jak jej żebra pękły. Oczywiście nie całe. Nie mogłam przestać. Kolejnym uderzeniem złamałam jej nos, a dziewczyna płakała. Daniel w końcu odciągnął mnie od błagającej o litość Jade. Jego oczy wyraźnie produkowały coraz więcej gniewu i złości. Na chwilę wpadłam w panikę, po czym zaczęłam biec. Nie wiedziałam dokąd, ale chciałam być jak najdalej od nich. Ta chora sytuacja... Czemu to zrobiłam? Teraz muszę uważać na kolejne takie rzeczy. Muszę się umieć powstrzymywać, a co najważniejsza, kontrolować. Niestety Jade... ta istotka na to nie zasłużyła. Dobiegłam do jakiegoś parku, którego wcześniej na oczy nie widziałam. Weszłam powoli rozglądając się za ławką, którą ledwo można było zauważyć. Daniel na pewno pomoże dziewczynie, ale potem przybiegnie za mną. Spojrzałam na wyświetlacz komórki. Kolejna nieodczytana wiadomość.
"W pewnym sensie cię rozumiem... Ale dlaczego nie mogłaś przestać? Jestem właśnie w parku i cię szukam.
Dany. xo"
Chłopak zmienił podpis. Musiał być nieźle wkurwiony. Schyliłam się trochę, żeby mnie nie zauważył.
-Ej, patrzcie! Co to za laska się tu kręci?- zapytał ktoś nagle nad moim uchem. Podskoczyłam.
-To jest Caroline Straught. Słyszałem, że była podejrzewana o zabójstwo siostry twojej dziewczyny.- powiedział drugi.
-Haha.. A potem było, że to twoja laska ją zabiła.- zaśmiało się dwóch.
-Czego tu, kurwa?- zapytałam podnosząc się. Zakasałam rękawy i zbliżyłam się do nich.
-Czego? Ach... czego?- zapytał śmiejąc się sarkastycznie.- To nasze miejsce, mała. Wypierdalaj póki możesz.
-Sam wypierdalaj. Kupiłeś je sobie, czy jak? Każdy ma prawo być w tym miejscy kiedy chce i jak chce!- krzyknęłam.
-Słuchaj.- przybliżył twarz do mojej.- Jeżeli stąd nie pójdziesz, to będzie źle!
-Och... czyżby?!- splunęłam mu prosto w jego paskudną mordę, której nie chciałam oglądać już nigdy więcej.
-To był błąd, Straught.- chciał trafić mnie pięścią w brzuch, ale robiąc unik, trafił w drzewo.
-KURWA!- krzyknął łapiąc swoją rękę.
Następny rzucił się na mnie i przyciskał do ziemi.
-Teraz nie uciekniesz.
-Masz rację.- jęknęłam niewinnie.- Jesteś taki silny.
Ten debil myślał, że jeśli mnie przyciśnie ma jakieś szanse. Chciał mnie pocałować, ale moja głowa odchyliła sie niebezpiecznie i trafiła w jego. Chłopak syknął z bólu i położył się na podłogę. Następny wyciągnął nóż. Robiło się niebezpiecznie, a ja nie wiedziałam skąd moje ciało i umysł czerpie tyle siły i odwagi. Kopnęłam jego rękę. Słychać było trzask i kolejny krzyk. Czułam, że złamałam mu rękę. Kop nie był w prawdzie słaby, ale... Cóż, ostatni podszedł do mnie. Był nieźle napakowany. Bałam się go. Gdy rzucił się na mnie, odskoczyłam na bok biorąc nóż i wkładając go za pasek od spodni.
-Nie dasz rady, suko.- zaśmiał się chwytając moje nadgarstki. Wyrwałam mu szybko dłoń i sięgnęłam po nóż. Pod wpływem emocji nóż uniósł się ponad moją głowę, a potem wylądował w piersi tego chłopaka. Przeraziłam się natychmiast i uciekłam. Wiedziałam, że należało zabrać nóż. Nie mogli dowiedzieć się, że to moja wina. Chociaż ja się tylko broniłam.
Biegłam pomiędzy drzewami. Trzymałam mocno w swych rękach narzędzie popełnionej zbrodni i modliłam się, żeby nikt mnie nie zobaczył. Udało się...
Pomiędzy krzakami było stare drzewo. Nieopodal płynęła rzeczka i dokładnie umyłam nóż, zanim włożyłam je do dziury w pniu. Potem dokładnie zasypałam je liśćmi, żeby niczego nikt nie podejrzewał i ruszyłam z powrotem. Wszyscy leżeli. Zwijali się z bólu i nie wiedzieli co się dzieje. Uderzyłam się kamieniem w głowę, żeby mieć jakąkolwiek ranę i położyłam się pod drzewem. Wstał chłopak, który został pokonany przez drzewo.
-Gdzie ta suka?- zapytał rozglądając się wokół w poszukiwaniu mnie. W poszukiwaniu morderczyni. Chwyciłam moją obolałą głowę i podparłam się na łokciach.
-C-co się dzieje?- zapytałam patrząc na pieprzonego gnoja, przez którego to się stało.
-Pobiła nas laska, a potem ucierpiała!- powiedział drugi.
-Ej, czekajcie! Gdzie jest Patrick?- zapytał pierwszy.
Obstawiałam, że to ten którego zabiłam.
-Leży tam w.... KAŁUŻY KRWI!- krzyknął przestraszony chłopak.- Ty to zrobiłaś?
-N-nie!- wyjąkałam przerażona na widok Patricka.- Jedyne co pamiętam to to, że ten wasz Patrick zaatakował mnie pięściami uderzając w brzuch, a potem Chwycił kamień i uderzył mnie nim. Zemdlałam prawdopodobnie. Nic potem nie pamiętam...!
-To kto?- zapytali pozostali.
-Idź stąd.- syknął pierwszy.- To zbyt wiele, jak na ciebie.- skinął na mnie głową.
Nic innego nie przyszło mi do głowy, jak ucieczka.
-NO IDŹ!- ryknął.
Zebrałam w sobie ostatki siły i zaczęłam biec. Wpadłam na Danego. Stał na środku ścieżki i patrzył z zdezorientowaniem.
-Dany, ja... ja...- jąkałam się. - Ja...
~~
Myślicie, że Caroline nie powinna być oskarżana za przypadkowe zabójstwo we własnej obronie?
Czy Caroline dobrze ukryła nóż?
Co może stać się w kolejnym rozdziale?
Zapraszam do czytania. Rozdział powinien ukazać się za dwa, trzy dni. :)
Wyłączywszy laptopa wzięłam do ręki telefon i sprawdziłam godzinę. Oczywiście, było dopiero siedem po szóstej. Jak zwykle, czas nie mija mi zbyt szybko. Jednak coś ze sobą muszę zrobić. Dziś raczej urwę się z lekcji. Robiłam to kiedyś, ale przestałam nie wiadomo dlaczego. Stare czasy powrócą. Cóż. Wzięłam torbę. Spakowałam do niej kilka zeszytów, picie, jakiegoś batona z biurka, portfel i telefon. Zawsze miałam potrzebne do przetrwania rzeczy. Postanowiłam wymknąć się przez okno, żeby nie narobić hałasu. Ostrożnie uchyliłam ją, po czym wyskoczyłam. Zsunąwszy się z dachu, chwyciłam oburącz rynnę i zjechałam na dół. Potem przemknęłam niezauważalnie pod oknem i byłam na ulicy. Nie mogę czekać sama do dziesiątej. Wystukałam na telefonie wiadomość do Daniela.
"Przepraszam, pewnie cię budzę, ale mam prośbę. Spotkajmy się tam gdzie pobiłeś Jamesa, okej? Nie chcę sama czekać do dziesiątej, później wytłumaczę. :)
C. xx"
Mój podpis był znajomy dla każdego. Zawsze podpisywałam się "C. xx", aby się wyróżnić. Po chwili przyszła wiadomość.
"Jasne, nie śpię już od dawna. Podobało mi się wczoraj. Będę za dziesięć minut... :3
Dan."
Haha. Podobało mu się? Słodki... cóż, nieważne. Nie mogę z nim być. Znam go zaledwie od wczoraj, a już coś do niego poczułam? To jest dziwna sytuacja.
Zaczęłam powoli iść ulicą. Obejrzałam się za siebie. Nikogo nie było. Czułam się strasznie. Przyspieszyłam krok. Jednak po chwili zauważając reflektory i warkot silnika, zaczęłam uciekać. Nie wiem. Często byłam straszona w dzieciństwie, że ktoś może mnie zabić lub pobić. Traumom z mojego dzieciństwa była pewna sytuacja, że kiedyś matka wysłała mnie do sklepu po najzwyklejsze w świecie ciastka. Na początku było jasno, ale jak wracałam ze sklepu było ciemno. Niosłam paczkę w ręce i śpiewałam sobie jakieś piosenki. Nagle z zza rogu wyskoczył starszy chłopak. Wspominałam, że miałam wtedy około siedmiu, sześciu lat? A on miał piętnaście. W każdym razie, podszedł do mnie i mocno uderzył. Potem usiadł na moim bezbronnym ciele i bił po twarzy. Płakałam i wrzeszczałam, ale to nic nie pomogło. On po chwili wstał i podziękował za ciasteczka. Ja z rykiem pobiegłam do domu. Tam wszyscy byli zadziwieni i tak dalej. Miesiąc później ktoś postanowił się na nim odegrać i pobił go tak, że chłopak zmarł na miejscu. Sprawcy nie znano.
Wreszcie dotarłam do umówionego miejsca. Daniel już tam czekał.
-Hej.- odparłam, wkładając kosmyk włosów za ucho.
-Cześć, piękna.- podszedł i mnie przytulił.
Nie wiedziałam jak się zachowywać.
-Co chcesz robić o tak wczesnej porze?- zachichotał patrząc na mnie.
-Nie wiem, możemy iść do ciebie do domu.- przygryzłam wargę.
-Spoko, ale dlaczego?
-No bo nie miałam ochoty na spanie, a dziś muszę pożegnać przyjaciółkę przeprowadzającą się do zupełnie innego miasta.
-Mhm... rozumiem.- przytaknął gładząc mnie po policzku.- Wiesz, muszę ci coś wyznać.
-Tak?- zapytałam uśmiechając się.
-Zakochałem się w tobie.
-Słuchaj. Ja chyba też, ale to za wcześnie. Nie znamy się praktycznie, a co jeśli...
Daniel pocałował mnie znienacka, a ja odskoczyłam. Przerwał mi wpół słowa!
-DANIEL!- krzyknęłam cicho.
-Co?- zapytał zdziwiony.
-Czemu to zrobiłeś? Mówię chyba, że to za wcześnie.
-Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać.
-Daruj sobie.- warknęłam w jego stronę i zaczęłam odchodzić, kiedy on złapał mnie za ramię.
-Zrozum, Caroline. Ja nie jestem zły, ja cię kocham. Chcę ciebie.- wyszeptał mi w ucho.- Nie mów, że ci się nie podobało.- I ponownie pocałował mnie w usta. Zrezygnowana odwzajemniłam, bo wiedziałam, że nie da mi spokoju póki nie dam mu szansy. Podobał mi się, to fakt. Ale jednak, czy to nie za wcześnie? Nieważne. Również go kocham.
-Ja ciebie też.- wyszeptałam, gdy się od siebie oderwaliśmy.
-Cieszę się.- objął mnie ramieniem.
-Hej Cary!- usłyszałam smutny głos Jade.
-Cześć Jade.- przytuliłam ją.
-A kto to?- wskazała na chłopaka stojącego za na mi. Czułam, że był lekko zestresowany.
-Cóż... to jest Daniel. Jesteśmy tak jakby razem.- wyszeptałam ostatnie zdanie.
-Aha...- powiedziała podając mu rękę.- No ja właśnie wyjeżdżam...- odparła, a klika łez spłynęło jej po różowym policzku.
-Miło mi, a jednocześnie smutno...?- Dan nie wiedział jak ma się zachować w obecności mojej przyjaciółki. W końcu każde słowo mogło ją zranić. Oczywiście w kwestii wyjazdu.
-Spoko.- odparła odwracając wzrok. Po chwili jednak stanęła do nas tyłem.
-Cóż, to ja ten... tego... idę?- zapytałam Jade. W tym momencie zachowałam się egoistka, ale nie moja wina, że ostatnimi czasy nasza przyjaźń zniknęła gdzieś i nie chciała wrócić.
Jade zatrzymała mnie łapiąc za mój nadgarstek. w oczach miała łzy.
-Żartujesz sobie? Jesteś totalną idiotką! Może jednak to dobrze, że wyjeżdżam, bo przynajmniej nie zobaczę już więcej twojej paskudnej mordy...- ścisnęła mocno mój nadgarstek. Nie wiedziałam, skąd ona ma tyle siły?- Pieprz się!- krzyknęła na cały głos uderzając pięścią mój policzek.
-Auuu!!!- krzyknęłam opadając na chodnik.- Popierdoliło cię, czy jak? Nie moja wina, że psujesz wszystko na swojej drodze, dążąc do swojego chorego celu!- Dan pomógł mi wstać.
-Dziewczyny, proszę...- wyszeptał.
-Nie, ona musi mi zapłacić za to, co mi właśnie zrobiła!- krzyknęłam.
Strach był w oczach niewinnej niegdyś dziewczyny, która bała się zagadać do kogokolwiek. Jej nieśmiałość w jednym momencie, pod wpływem emocji, zamieniła się w odwagę i siłę. Teraz skuliła się widząc, że nie mam zamiaru odejść stąd, dopóki nie oberwie.
Z krzykiem rzuciłam się na nią i zaczęłam walić, gdzie popadnie. Daniel próbował uspokoić mnie, ale weszłam jakby w trans. Miałam napad furii. Jej twarz powoli stawała się czerwona od krwi. Gdzieniegdzie tworzyły się fioletowo-zielone sińce. Trafiłam ją w brzuch i usłyszałam jak jej żebra pękły. Oczywiście nie całe. Nie mogłam przestać. Kolejnym uderzeniem złamałam jej nos, a dziewczyna płakała. Daniel w końcu odciągnął mnie od błagającej o litość Jade. Jego oczy wyraźnie produkowały coraz więcej gniewu i złości. Na chwilę wpadłam w panikę, po czym zaczęłam biec. Nie wiedziałam dokąd, ale chciałam być jak najdalej od nich. Ta chora sytuacja... Czemu to zrobiłam? Teraz muszę uważać na kolejne takie rzeczy. Muszę się umieć powstrzymywać, a co najważniejsza, kontrolować. Niestety Jade... ta istotka na to nie zasłużyła. Dobiegłam do jakiegoś parku, którego wcześniej na oczy nie widziałam. Weszłam powoli rozglądając się za ławką, którą ledwo można było zauważyć. Daniel na pewno pomoże dziewczynie, ale potem przybiegnie za mną. Spojrzałam na wyświetlacz komórki. Kolejna nieodczytana wiadomość.
"W pewnym sensie cię rozumiem... Ale dlaczego nie mogłaś przestać? Jestem właśnie w parku i cię szukam.
Dany. xo"
Chłopak zmienił podpis. Musiał być nieźle wkurwiony. Schyliłam się trochę, żeby mnie nie zauważył.
-Ej, patrzcie! Co to za laska się tu kręci?- zapytał ktoś nagle nad moim uchem. Podskoczyłam.
-To jest Caroline Straught. Słyszałem, że była podejrzewana o zabójstwo siostry twojej dziewczyny.- powiedział drugi.
-Haha.. A potem było, że to twoja laska ją zabiła.- zaśmiało się dwóch.
-Czego tu, kurwa?- zapytałam podnosząc się. Zakasałam rękawy i zbliżyłam się do nich.
-Czego? Ach... czego?- zapytał śmiejąc się sarkastycznie.- To nasze miejsce, mała. Wypierdalaj póki możesz.
-Sam wypierdalaj. Kupiłeś je sobie, czy jak? Każdy ma prawo być w tym miejscy kiedy chce i jak chce!- krzyknęłam.
-Słuchaj.- przybliżył twarz do mojej.- Jeżeli stąd nie pójdziesz, to będzie źle!
-Och... czyżby?!- splunęłam mu prosto w jego paskudną mordę, której nie chciałam oglądać już nigdy więcej.
-To był błąd, Straught.- chciał trafić mnie pięścią w brzuch, ale robiąc unik, trafił w drzewo.
-KURWA!- krzyknął łapiąc swoją rękę.
Następny rzucił się na mnie i przyciskał do ziemi.
-Teraz nie uciekniesz.
-Masz rację.- jęknęłam niewinnie.- Jesteś taki silny.
Ten debil myślał, że jeśli mnie przyciśnie ma jakieś szanse. Chciał mnie pocałować, ale moja głowa odchyliła sie niebezpiecznie i trafiła w jego. Chłopak syknął z bólu i położył się na podłogę. Następny wyciągnął nóż. Robiło się niebezpiecznie, a ja nie wiedziałam skąd moje ciało i umysł czerpie tyle siły i odwagi. Kopnęłam jego rękę. Słychać było trzask i kolejny krzyk. Czułam, że złamałam mu rękę. Kop nie był w prawdzie słaby, ale... Cóż, ostatni podszedł do mnie. Był nieźle napakowany. Bałam się go. Gdy rzucił się na mnie, odskoczyłam na bok biorąc nóż i wkładając go za pasek od spodni.
-Nie dasz rady, suko.- zaśmiał się chwytając moje nadgarstki. Wyrwałam mu szybko dłoń i sięgnęłam po nóż. Pod wpływem emocji nóż uniósł się ponad moją głowę, a potem wylądował w piersi tego chłopaka. Przeraziłam się natychmiast i uciekłam. Wiedziałam, że należało zabrać nóż. Nie mogli dowiedzieć się, że to moja wina. Chociaż ja się tylko broniłam.
Biegłam pomiędzy drzewami. Trzymałam mocno w swych rękach narzędzie popełnionej zbrodni i modliłam się, żeby nikt mnie nie zobaczył. Udało się...
Pomiędzy krzakami było stare drzewo. Nieopodal płynęła rzeczka i dokładnie umyłam nóż, zanim włożyłam je do dziury w pniu. Potem dokładnie zasypałam je liśćmi, żeby niczego nikt nie podejrzewał i ruszyłam z powrotem. Wszyscy leżeli. Zwijali się z bólu i nie wiedzieli co się dzieje. Uderzyłam się kamieniem w głowę, żeby mieć jakąkolwiek ranę i położyłam się pod drzewem. Wstał chłopak, który został pokonany przez drzewo.
-Gdzie ta suka?- zapytał rozglądając się wokół w poszukiwaniu mnie. W poszukiwaniu morderczyni. Chwyciłam moją obolałą głowę i podparłam się na łokciach.
-C-co się dzieje?- zapytałam patrząc na pieprzonego gnoja, przez którego to się stało.
-Pobiła nas laska, a potem ucierpiała!- powiedział drugi.
-Ej, czekajcie! Gdzie jest Patrick?- zapytał pierwszy.
Obstawiałam, że to ten którego zabiłam.
-Leży tam w.... KAŁUŻY KRWI!- krzyknął przestraszony chłopak.- Ty to zrobiłaś?
-N-nie!- wyjąkałam przerażona na widok Patricka.- Jedyne co pamiętam to to, że ten wasz Patrick zaatakował mnie pięściami uderzając w brzuch, a potem Chwycił kamień i uderzył mnie nim. Zemdlałam prawdopodobnie. Nic potem nie pamiętam...!
-To kto?- zapytali pozostali.
-Idź stąd.- syknął pierwszy.- To zbyt wiele, jak na ciebie.- skinął na mnie głową.
Nic innego nie przyszło mi do głowy, jak ucieczka.
-NO IDŹ!- ryknął.
Zebrałam w sobie ostatki siły i zaczęłam biec. Wpadłam na Danego. Stał na środku ścieżki i patrzył z zdezorientowaniem.
-Dany, ja... ja...- jąkałam się. - Ja...
~~
Myślicie, że Caroline nie powinna być oskarżana za przypadkowe zabójstwo we własnej obronie?
Czy Caroline dobrze ukryła nóż?
Co może stać się w kolejnym rozdziale?
Zapraszam do czytania. Rozdział powinien ukazać się za dwa, trzy dni. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz