Tak. Ranek był wspaniały. Po prostu kolejna ulewa. Założyłam wilgotną bluzę i usiadłam na kamiennej ławce. Chciałam przeprosić Johnnego za to, co zrobiłam. Jednak wiedziałam, że zamknąłby mi drzwi przed nosem.Postanowiłam wrócić do domu. Skoro John szedł stronę, z której tu przyszłam, to muszę iść w przeciwną. wyszłam na zewnątrz. Lało. Szare chmury unosiły się nad lasem. Założyłam kaptur i, kulejąc, ruszyłam w przeciwną stronę. Stąpałam cicho, rozmyślając o wydarzeniach. Johnnego mam już z głowy. Więcej mi nie zaufa... Doszczętnie zniszczyłam jego samochód. Prawda. To była moja wina, ale przecież to on powiedział, że zawozi mnie do swojego mieszkania. Po prostu pomyślałam, że chce mnie zgwałcić, czy coś, i się przestraszyłam. Wiem, nie byłam odpowiedzialna. Nie mogę już wytrzymać tego syfu, które robi mi się w życiu. Był to dopiero początek, ale ja czułam, że tylko na tym się nie skończy. Nagle coś za wibrowało w mojej kieszeni. No tak. Zamiast zamówić taksówkę wolałam spać na przystanku, jak jakiś menel. Dostałam SMS'a Jade. Była moją przyjaciółką, ale czy jest nią teraz?
"Przyjdź do mnie, musimy koniecznie pogadać :)"
Ten uśmieszek na końcu zdradzał, że nadal mi ufa. Zaczęłam uśmiechać się do wyświetlacza. Jednak po chwili postanowiłam zamówić tą cholerną taksówkę. Nawet nie wiem, gdzie jestem, ale od czego jest GPS w telefonie?
-Witam, młodą panienkę. Jak mniemam, pani Strught? (czytaj: Strad).- zapytał miło taksówkarz.
-Tak, to ja.- uśmiechnęłam się.
-Dokąd?
Jazda była trochę męcząca. Mężczyzna był skupiony na drodze, a ja wpatrywałam się w mokre drzewa. Po chwili taksówkarz zapytał przyjaźnie.
-Więc, panienko. Co panienka robi tak daleko od miasta?- zapytał uprzejmie.
-Nie wiem.- skłamałam. Nie chciałam mieć kolejnej osoby na sumieniu.
Mężczyzna tylko westchnął i mocniej ścisnął kierownicę. Wyciągnęłam telefon z kieszeni. Jaka ja byłam głupia! Mogłam zadzwonić do Jade. Jej brat przyjechałby z nią po mnie. Odblokowałam go, po czym weszłam na Facebooka. Z osiemset znajomych zostało mi tylko dziesięć. I te dziesięć było bardzo mądre, że nie słuchało tych debili. Wśród nich była Jade i jej brat, Luke. Uśmiechałam się do ekranu. Byłam szczęśliwa, że Luke też nie wierzył w te brednie. Przez resztę drogi panowała cisza.
-Więc, gdzie?- zapytał mężczyzna.
-Tutaj w prawo, potem w lewo i kawałek prosto pod siedemnastkę.
-Jesteś konkretna.
Wywróciłam oczami i wróciłam do rozmowy z Jade. Chciała mi coś koniecznie wytłumaczyć, ale nie potrafiła. Każde zdanie było napisane nielogicznie. Zgadywałam, że była zdenerwowana.
W końcu taksówka zatrzymała się pod moim domem.
-Ile?
-Piętnaście się należy. Masz zniżkę.- uśmiechnął się.
Podałam mu pieniądze, po czym poszłam do domu. W sumie to nie mogli się dowiedzieć, że mnie nie było. Na szczęście byłam mądra i zakluczyłam drzwi mojego pokoju. Z tyłu domu była rynna i właśnie po niej miałam zamiar wejść. I tak rodzice nie powiedzieliby nic, wiedzą, że zabiłam tą dziewczynę. Szkoda tylko, że to nie jest prawda. Zakradłam się na tył i powoli zaczęłam się wspinać Ostrożnie postawiłam nogę na dachówce. Skupiłam się na podejściu do mojego okna. Noga mnie bolała. W końcu jednak doszłam do okna i otworzyłam je. Cicho wślizgnęłam się do pokoju i opadłam na łóżko. Była dopiero dziewiąta, więc miałam chwilę czasu na przygotowanie się. Lekcje zaczynały się o dziesiątej trzydzieści.
Wstałam z łóżka i skierowałam się do łazienki. Jak dobrze, że ojciec pomyślał o zrobieniu trzeciej. Inaczej musiałabym wychodzić z pokoju. Zdjęłam zniszczone ubranie i weszłam pod prysznic. Zaczęła się lać ciepła woda. Z przyjemnością zaczęłam masować obolałe miejsca. Nagle przypomniałam sobie o moim wyskoku. W końcu miałam startą twarz i poobijane kończyny. I tak to jest cud, że żyję. Jest tylko jeden na milion przypadków, które kończą się właśnie w ten sposób. Szczęśliwy przypadek. Wolałam umrzeć niż wysłuchiwać tych pieprzonych zarzutów i obelg na swój temat. Jednak życie chciało mnie przetrzymać na tym świecie. W końcu jednak skupiłam się na sobie. Owinęłam się ręcznikiem i podeszłam do lustra. Twarz miałam z zadrapaniami, ranami i otarciami. Co gorsza była we krwi. Wzięłam do ręki szmatkę i ją zmoczyłam. Przyłożyłam do twarzy i zaczęłam ją wycierać. Odłożywszy materiał stwierdziłam, że nie jest aż tak źle. Co prawda było źle, ale nie aż tak. Podeszłam do apteczki. Mama na wszelki wypadek włożyła je do każdego pokoju. W niektórych tylko nie było. Wyciągnęłam bandaż i plastry. Owinęłam sobie obolałą głowę i przykleiłam plastry w miejsca ran poniżej czoła. Potem umyłam zęby, a włosy wysuszyłam i związałam w niechlujnego koka.
Jak zwykle Jade mnie pospieszała. Kolejny SMS i kolejne teksty o tym, że trzeba pogadać. Wyciągnęłam pierwsze rzeczy z brzegu i się ubrałam. Spakowawszy książki potrzebne do nauki, wyszłam przez drzwi. Po drodze spotkałam mojego brata, Matta. Matt ma piętnaście lat.
-Cześć, Caroline. Gdzie ty byłaś?- wpadłam. Skąd on to wszystko wie.
-Nie interesuj się.- warknęłam srogo.
-Caroline, ja się po prostu martwię. Rodzice nie wiedzą.
-Chciałam umrzeć pod kołami samochodu, ale niestety szczęście otacza mnie w stu procentach.- szepnęłam.
-Caroline, nie żartuj sobie. Ja wiem, że nie zabiłaś tej laski, ale to nie powód, żebyś tak odpowiadała.- i znów zaczęły się kazania młodszego braciszka. Ilekroć tylko coś przeskrobałam, on mi to wypominał.
-Wiesz, jest mi z tym ciężko. Nie umiem sobie z tym poradzić. Tęsknie za dawnym życiem.- westchnęłam i włożyłam twarz w dłonie.
-Co ci się stało?- to był temat, którego chciałam uniknąć.
-Wypadek. Na ulicy. Jakiś koleś chciał mnie podwieźć, ale niestety wyskoczyłam podczas jazdy. Wtedy okaleczyłam sobie twarz i zbiłam mocno nogę.- wywróciłam oczami.
-Caroline, nie możesz tak robić. Z resztą, nieważne.
-Cary! Jesteś wreszcie!- krzyknęła do mnie z okna Jade.
-Mhm... wyjdziesz?
-Tak.
Pięć minut potem znalazła się obok. Zaczęłyśmy spacerować chodnikiem do szkoły.
-Po pierwsze, co z twoją twarzą? Po drugie, gdzie ty byłaś? Po trzecie, mam coś ważnego.
-Więc, wczoraj miałam mały wypadek. Nieważny. Hmm... po drugie szykowałam się. Po trzecie, gadaj, bo jestem zniecierpliwiona!- uśmiechnęłam się.
-Okej. Słuchaj.- zaczerpnęła powietrza- Wczoraj trochę myślałam o tej całej Jessice. Coś mnie natchnęło i przypomniałam sobie o jej siostrze. Rachel. Przecież one skakały sobie do gardeł, żeby tylko być popularne. Myślisz, że to ona?
-Może i tak. Ale co z tego, skoro podejrzewają mnie, dzięki Rachel?- zapytałam sfrustrowana.
-Ej, da się naprawić. Never Say Never.- pocieszyła mnie.
-Może i masz rację. Ale Jade! Kto mi w to uwierzy? Ona rozpowszechniła plotkę, o czymś, co zrobiła mi Jess.
-No wie, ale może jakoś wpłyniemy na ludzi.
-To nierealne. Nieważne, nie wracajmy do tego.
-Cary.- moje przezwisko, wymyślone przez Jade. Nazywała mnie tak, gdy chciała mnie do czegoś przekonać lub pilnie mnie potrzebowała.- Powiedz mi, dlaczego mówisz, że to się nie uda?
-Jade, ja to wiem. Zostawmy ten temat.- mruknęłam.
-Nie, Caroline. Nie masz racji. Skoro to nie ty, to dlaczego ludzie się ciebie boją?- No właśnie, dobre pytanie. Hm.. pomyślmy. Oni myślą, że to ja!
-Nie bądź śmieszna i nie dołuj mnie bardziej. Wystarczająco mi przykro.- odparłam smutno.
Jade przeprosiła mnie za swoją "pomoc", a resztę drogi spędziłyśmy na gadaniu o zakupach. Co prawda nie kręciły mnie takie pierdoły, ale jakoś chciałam ją odciągnąć od tego wszystkiego. Nie powinna mieszać się w nie swoje sprawy. Jest moją przyjaciółką, ale nie może. Zaczną podejrzewać, że mi pomogła.
Weszłyśmy do szkoły. Ilekroć ktoś mnie zobaczył, przypierał się do szkolnej szafki, albo ściany. Denerwowała mnie ta sytuacja i postanowiłam iść do Rachel. Nie będzie mi dupy obrabiać.
Zobaczyłam ją stojącą ze swoimi przyjaciółeczkami. Kayla i Demi pokazywały jej coś na migi, gdy tylko się zbliżałam. Jak tylko stanęłam za Rachel, te dwie debilki przyparły się do ściany. Natomiast Rachel zaczęła się śmiać.
-Co? Przecież jej tu nie ma. Haha... jakie z was debilki! Nie dowie się, że to ktoś inny...- spojrzała w oczy dziewczyn i zrozumiała, że stałam tuż za nią. Jade wszystko nagrywała, bo chciała mieć jakieś dowody i proszę, niespodzianka. Rachel bezmyślnie wygadała mi to, co chciałam wiedzieć.
Rach szybko przyłożyła rękę do ust. Spiorunowała mnie swoim wzrokiem. Zaczęłam się uśmiechać.
-Dzięki, że mi to powiedziałaś. Obejdzie się bez twoich pierdolonych tłumaczeń.- zaśmiałam się i odciągnęłam Jade, która jeszcze filmowała.
-Nie wiesz nic, jak na razie!- krzyknęła wreszcie.
-Ależ ja wiem dużo.
Nastała lekcja w-f. Oczywiście Jade miała fizykę i nie było nikogo, kto chciałby ze mną ćwiczyć. Akurat dziś była siatkówka. Zwykle mam najgorzej.
Dziewczyny przebierały się i śmiały w szatni. Oczywiście, dopóki ja nie weszłam. Natychmiast ucichły i rzuciły się na ścianę. Nie wytrzymałam. Coś we mnie pękło. Kilka łez spłynęło po policzku. Niegdyś nawet lubiana, a teraz postrachem dla wszystkich. Nie wiem, czy akurat one powinny dowiedzieć się o tym pierwsze, ale zaryzykowałam. Wyciągnęłam z kieszeni telefon. Pomyślałam wcześniej o takich sytuacjach i poprosiłam Jade o przesłanie mi go.
-Chcecie znać prawdę?- krzyknęłam.- Proszę!
Schyliłam się i rzuciłam telefon. Urządzenie przejechało po podłodze i trafiło do rąk Elizabeth. Dziewczyna podniosła telefon i puściła filmik. Wszystkie dziewczyny się zdziwiły.
-No... to... ten... Chcemy cię przeprosić.- jąkała się Emmie.- Nie wiedziałyśmy, że to... no... ona to zmyśliła.
-Wszystko dobrze. Błagam. Prześlijcie wszystkim ten filmik. Niech się dowiedzą prawdy kto to zrobił.
Dziewczyny pokiwały głowami.
Dokończyłyśmy się przebierać i wyszłyśmy na boisko. Oczywiście, jak zwykle. Najpierw dwadzieścia kółek biegania, a potem godzina gry. Wkurwiona ukryłam się w krzakach i czekałam, aż wreszcie będzie piętnaście kółek. Nikt na mnie nie zwracał uwagi. Miałam w sobie tą niechęć do sportu i często mnie dublowali. Co ja gadam. Zawsze. Usiadłam za trybunami. Zaczęłam coś pisać na telefonie do Jade, kiedy usłyszałam chichotanie. Szybko schowałam się w pobliskich krzakach.
-I tak nie dowie się, że to ja ją zabiłam!- ktoś powiedział.
-Hm... Rach, ja bym uważała.- odparł drugi głos.
Już wiedziałam, że to Rachel i jej podwładne, Kayla i Demi.
-Niby czemu? Ta cała Straught jest na tyle głupia, żeby się nie domyślić. Tylko jak ją jeszcze bardziej wrobić?- zastanawiała się Rachel.
Ja, mądra, wzięłam ze sobą telefon i kamera działała już od początku rozmowy, gdy tylko tu doszły. Nie mogę mówić, że to ona, skoro nie mam żadnych dowodów. Caroline włączyła intensywne myślenie.
-Nieważne. Chciałyśmy się ponabijać z siatkareczek, jak wypinają dupy. Chodźcie.- zakpiła Rach.
Obeszły trybuny, aby być jak najbliżej boiska. Skorzystałam z okazji i wybiegłam z krzaków. Któraś z dziewczyn krzyknęła : "Zostało tylko siedem, trenerko!". Ja muszę zrobić w takim razie dziewięć, żeby być powolniakiem.
-Więc, Caroline, Sam. Wybieracie drużyny.
Wybrałam trzy najlepsze i dwie gorsze. Stanęłyśmy już gotowe do atakowania i innych takich rzeczy. Jednak nie mogłam się skupić, gdy Kayla, Demi i Rachel śmiały się tak głośno. Puściłam kilka piłek, ale w końcu wzięłam się w garść i waliłam gdzie popadnie.
-Hej, Caroline!- zawołała Jade.- Dostałam filmik! Ale z Rachel zołza.
-Cześć.- odpowiedziałam.- Prawie każdy go dostał, a Rach ma trafić do poprawczaka. Hm.. że zołza? Nie. To jest idiotka. Nie ma na nią słów.
Uwielbiałam spędzać czas z Jade. Zawsze mnie wspierała w ciężkich chwilach, ale nie spodziewałam się, że będzie ze mną aż w takich ciężkich. Gdy mi coś tłumaczyła o Kayli i Demi, tak po prostu rzuciłam jej się na szyję.
-A to za co?- zachichotała uwalniając się z uścisku.
-Za wszystko. Po prostu jesteś ze mną zawsze.
-Och... to miłe, Cary. Jednak nie będziemy razem zawsze.- posmutniała.
-Co? Ale jak?
-Cóż. Moi rodzice chcą się wyprowadzić z Canady do Londynu.- jej wyraz twarzy spoważniał, a oczy zrobiły się szkliste.
-Nie mogą! Jade...- przytuliłam ją mocno.
-To już postanowione.- łkała.- Dziś rano tata otrzymał pozwolenie, czy coś.
-Kiedy?
-Co kiedy?
-Kiedy wyjeżdżacie?
-Jutro o dziesiątej.- odparła.
Jade zaczęła przeraźliwie płakać; oparła się o moje ramie, a ja przytuliłam się do niej. Próbowałam wydusić z siebie chociaż jedną, małą łezkę. Daremnie. Zawsze nie potrafiłam okazywać uczuć. Nie wiem czemu, ale nawet nie przeszkadzał mi jej wyjazd. Jako przyjaciółka musiałam zareagować. Oszołomienie. Tak. Zawsze wiedziałam, że to najlepszy sposób. Jade spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-Hm... Czyli jednak nie będzie ci mnie brakować. Wiedziałam. Cały czas łudziłam się nad tym, że mnie lubisz. A tu proszę! Nawet okazania najmniejszej skruchy!- krzyknęła przez łzy.
-Nie umiem okazywać uczuć, Jade. Wiesz przecież o tym.
-Nieważne.- oblizała usta wstając z ławki.
Nie wiem. Na prawdę nie wiem. Dlaczego ona uważała, że mi nie zależało na przyjaźni? A może to jednak ona przyjaźniła się ze mną dla szpanu?
-O co ci chodzi?- przygryzłam wargę patrząc jej prosto w oczy.
-Od początku nigdy mnie nie wspierałaś, ani nawet chyba nie lubiłaś! Przyjaźniłaś się ze mną, bo nie miałaś znajomych.- hm... kolejne kazanie dzisiejszego dnia. Cóż. Szkoda, że nie zginęłam w tym pieprzonym wypadku.
-To nie tak! Od zawsze miałam problem z okazywaniem tych pieprzonych uczuć, ale nie musisz mnie za to od siebie odpychać.- warknęłam wściekła.- Wiesz co? Haha... Nie potrzebuję takich jak ty!
Jade nie wytrzymała. Opadła z powrotem na ławkę i włożyła twarz w dłonie. Jej włosy lekko powiewały na wiosennym wietrzyku.
-Jade... wybacz mi. Nie chciałam.
-Wiele rzeczy nie chciałaś, a mimo to robiłaś.- odparła spoglądając na mnie z odrazą.
Nigdy nie chciałam wywołać u niej takiego wzroku. Cóż... w końcu to ja ją do tego zmusiłam swoją kamienną twarzą. Zawsze spierdolę coś w najgorszym momencie życia.
-Och... Chcesz mnie mieć na sumieniu, gdy wyjedziesz?- spojrzałam z nadzieją na jej blond loki opadające lekko na ramiona.
-Nie.- wyszeptała cicho.- Dlaczego się kłócimy?
-Czasem to jest potrzebne, ale chcę, żebyś wiedziała, że zależy mi na tej przyjaźni. Nie jestem pusta.
-Wiem. Obiecaj mi coś.
-Hm?- wpatrywałam się uważnie w jej szare, duże oczy.
-Nie wpakuj się w żadne kłopoty, gdy mnie nie będzie, okej?- ona mówiła to bardzo poważnie, a ja znów spieprzyłam sprawę moim śmiechem.
-Okej.- uspokoiłam się.
-Kto będzie brał odpowiedzialność za twoje żarty? Kto będzie brał na siebie winę? No kto?- zapytała trącając mnie w ramie.
-Nikt...- wyszeptałam w duchu przeklinając jej rodziców.
Szłam powoli ulicą. W słuchawkach leciało "Pound The Alarm" Nicki Minaj. Przypadkowa, jak zwykle. Jednak sprawiała, że szłam szybko, więc postanowiłam jej słuchać. Skręciłam w jedną z bocznych uliczek, aby skrócić sobie drogę do domu. Szczęście chyba mnie zaczęło unikać. Pod ścianą bloku siedział James i Daniel. Oboje palili papierosy śmiejąc się z głupich żartów. Obok leżały dwie puste puszki po piwie. Przestraszyłam się trochę, ale nadal szłam pewnie. Gdy tylko ujrzeli mnie ujrzeli, z zaciekawienia aż stanęli prosto. Nie raz i nie dwa chodziłam tym skrótem często ich tu spotykając. Nie mam pojęcia czemu aż tak bardzo ich to zdziwiło. Uniosłam brew ze zdumienia. James powoli zaczął kroczyć w moim kierunku chwiejąc się lekko. Straciłam trochę pewności siebie, ale mogłam im zagrozić śmiercią. W końcu chyba cała szkołą oskarżała mnie o to gówno. Daniel stał w miejscu. Widać, że jedno piwo mu nie zaszkodziło i nadal był w miarę trzeźwy. Tacy ludzie są czasem bardzo przydatni w tak głupich sytuacjach. Zerknęłam na Jamesa. Wydawał się być zły. Czułam, że na grożeniu to się nie skończy. Dalej szłam, lecz już mniej pewnie. Zdjęłam słuchawki z uszu. Hm... Zaraz się zacznie.
-Hej, mała...- powiedział, a ja wyczułam ten okropny zapach. Co oni wlali do tego? Hmm... no tak. Coś mocniejszego. Po piwie nic takiego nie pozwoliłoby mu podejść do mnie i zagadać.
-Um... hej.- odpowiedziałam przystając na chwilę. Czułam się niekomfortowo w towarzystwie najebanego idioty.
-Daj mi buzi.- po tych słowach przybliżył swoją twarz do mojej. Automatycznie się odsunęłam. Nie mogę pozwolić mu na takie coś. Nie jestem dziwką.
-Nie chcesz? Zaraz zobaczysz, dlaczego nie powinnaś mi odmawiać!- krzyknął. Poczułam strach. Daniel nie ruszał się. Czekał na odpowiedni moment, aby zainterweniować. Przynajmniej tak sądziłam.
James dosłownie rzucił się na mnie powalając mnie na ziemię. Świetnie. Moje wspaniałe, nowe spodnie są do prania!
-Spierdalaj!- krzyknęłam.
-Haha, skarbie, chyba nie sądzisz, że tak łatwo się poddam?- zaśmiał się złowieszczo.
James rozebrał mi bluzkę. Nie wiem, jak mu się to udało, bo szarpałam się z nim i biłam go. Zaczął dobierać się do stanika. Daniel ni stąd ni zowąd podbiegł do niego i odepchnął go w stronę śmietnika. Wspominałam, że śmietnik był metalowy?
Płakałam. Daniel objął mnie ramieniem i zabrał pod ścianę.
-Ta bluzka raczej będzie bezużyteczna.- wskazał wzrokiem na kawałki materiału znajdujące się na ziemi.
-Nie.- odparłam wtulając się w niego.
-Ty debilu! To tylko dziewczyna! Co ci odjebało?- warknął do Jamesa, który próbował wstać.
-Świetnie. Jak ja wrócę do domu? James... on jest głupi.- w takich sytuacjach potrafiłam płakać. Tia... Gdy przyjaciółka wyprowadza się na stałe dokądś indziej to aż mi chcę się uśmiechać. Nieważne.
-Wiem. Trzymam z nim, bo daje mi fajki.- uśmiechnął się chłopak.
-Nie piłeś?- zapytałam zdziwiona.
-Nie...- zaśmiał się.- To on to wypił. Sam nie wiem co było w środku. Podobno nalał tam czegoś bardzo mocnego, a teraz widzimy tego efekty.
Nic nie odpowiedziałam, tylko oparłam się o mur. Dopiero teraz zauważyłam, że rozmawiam z chłopakiem w dość nietopowym ubraniu. Natychmiast poczułam uderzający dyskomfort.
-Hej, co jest?- zapytał troskliwie.
-Jak mam z tobą gadać, skoro mam tylko stanik?- zarumieniłam się.
-Masz.- ściągnął koszulkę, odsłaniając swój idealny ABS. Wtedy wyglądał tak pięknie. Starałam się odrzucić te myśli z mojej głowy. Przecież... nie znamy się.
-Dasz mi fajkę?- zapytałam.
-Jasne, ale lepiej nie.
-Czemu?- uniosłam brew.
-Bo to cię będzie zabijać od środka.
-A ty to co?
-To nie takie łatwe. Tak po prostu rzucić. Nie da się.
-Wszystko się da. Trzeba tylko uwierzyć.- wyrwałam mu ćmika z ręki.
-EJ!- krzyknął zabawnie podnosząc brew.
-Za późno.- włożyłam papierosa do ust.
-Paliłaś kiedyś?
-Hmm... Kiedy miałam trzynaście lat. Przez rok.
-Nieźle.- uśmiechnął się.
-Chodź. Odprowadzę cię do domu. Lepiej nie wracać samej do domu o takiej porze.- powiedział Daniel.
-Hm... Okej. Ale ostrzegam. To nie tak blisko.
-Spoko.
Przez całą drogę Daniel opowiadał mi o sobie, a ja również coś powiedziałam na swój temat.
-Miło było.- uśmiechnął się.
-Prawda.
-No to cześć.
-A co z bluzką?- zapytałam nagle. Było tak wspaniale, że chciałam zatrzymać go przy sobie jak najdłużej. O nie! Chyba się w nim zakochałam...!
-Cóż... Weź na pamiątkę.- zaśmiał się.
-Dzięki.- przygryzłam wargę, czując jak się zarumieniłam.
Daniel nic więcej nie powiedział tylko przytulił mnie. I ten jego ABS!
Nieważne. Nie mogę o nim teraz myśleć. Skierowałam się do w stronę drzwi wejściowych i ostrożnie nacisnęłam klamkę. Była chyba dziesiąta w nocy. Hmm.. trochę z Danielem posiedziałam. Wszedłszy do domu, rzuciłam się na kanapę.
-Co ty tu robisz, dziecko? O takiej porze do domu się nie wraca!- usłyszałam głos mamy nad głową.
-Jak widać, leżę. Jak widać, można wracać. Weź się odczep.- odpowiedziałam zabierając torbę z podłogi i zdejmując pospiesznie buty. Słyszałam cały czas jej groźne kary, które zastosuje w moim przypadku. Jezu... super. Weszłam do pokoju. Pierwszą rzeczą było wparowanie do łazienki w celu spotkania się z lustrem. No cóż. Zdjęłam bandaże odsłaniając rany i zadrapania. Nie było aż tak źle. Faktycznie, balsam z pokrzyw pomógł. Posmarowałam się nim na noc, po czym przebrałam się w piżamę. Wskoczyłam do łóżka. Jak było bosko znaleźć się w ciepłym kocu, po tak ciężkim dniu. Mój telefon nagle za wibrował. Jedna nieodczytana wiadomość.
"Spotkamy się jutro?
Dan. ;*"
Akurat jutro? No błagam cię, człowieku!
"Przyjdź do mnie, musimy koniecznie pogadać :)"
Ten uśmieszek na końcu zdradzał, że nadal mi ufa. Zaczęłam uśmiechać się do wyświetlacza. Jednak po chwili postanowiłam zamówić tą cholerną taksówkę. Nawet nie wiem, gdzie jestem, ale od czego jest GPS w telefonie?
-Witam, młodą panienkę. Jak mniemam, pani Strught? (czytaj: Strad).- zapytał miło taksówkarz.
-Tak, to ja.- uśmiechnęłam się.
-Dokąd?
Jazda była trochę męcząca. Mężczyzna był skupiony na drodze, a ja wpatrywałam się w mokre drzewa. Po chwili taksówkarz zapytał przyjaźnie.
-Więc, panienko. Co panienka robi tak daleko od miasta?- zapytał uprzejmie.
-Nie wiem.- skłamałam. Nie chciałam mieć kolejnej osoby na sumieniu.
Mężczyzna tylko westchnął i mocniej ścisnął kierownicę. Wyciągnęłam telefon z kieszeni. Jaka ja byłam głupia! Mogłam zadzwonić do Jade. Jej brat przyjechałby z nią po mnie. Odblokowałam go, po czym weszłam na Facebooka. Z osiemset znajomych zostało mi tylko dziesięć. I te dziesięć było bardzo mądre, że nie słuchało tych debili. Wśród nich była Jade i jej brat, Luke. Uśmiechałam się do ekranu. Byłam szczęśliwa, że Luke też nie wierzył w te brednie. Przez resztę drogi panowała cisza.
-Więc, gdzie?- zapytał mężczyzna.
-Tutaj w prawo, potem w lewo i kawałek prosto pod siedemnastkę.
-Jesteś konkretna.
Wywróciłam oczami i wróciłam do rozmowy z Jade. Chciała mi coś koniecznie wytłumaczyć, ale nie potrafiła. Każde zdanie było napisane nielogicznie. Zgadywałam, że była zdenerwowana.
W końcu taksówka zatrzymała się pod moim domem.
-Ile?
-Piętnaście się należy. Masz zniżkę.- uśmiechnął się.
Podałam mu pieniądze, po czym poszłam do domu. W sumie to nie mogli się dowiedzieć, że mnie nie było. Na szczęście byłam mądra i zakluczyłam drzwi mojego pokoju. Z tyłu domu była rynna i właśnie po niej miałam zamiar wejść. I tak rodzice nie powiedzieliby nic, wiedzą, że zabiłam tą dziewczynę. Szkoda tylko, że to nie jest prawda. Zakradłam się na tył i powoli zaczęłam się wspinać Ostrożnie postawiłam nogę na dachówce. Skupiłam się na podejściu do mojego okna. Noga mnie bolała. W końcu jednak doszłam do okna i otworzyłam je. Cicho wślizgnęłam się do pokoju i opadłam na łóżko. Była dopiero dziewiąta, więc miałam chwilę czasu na przygotowanie się. Lekcje zaczynały się o dziesiątej trzydzieści.
Wstałam z łóżka i skierowałam się do łazienki. Jak dobrze, że ojciec pomyślał o zrobieniu trzeciej. Inaczej musiałabym wychodzić z pokoju. Zdjęłam zniszczone ubranie i weszłam pod prysznic. Zaczęła się lać ciepła woda. Z przyjemnością zaczęłam masować obolałe miejsca. Nagle przypomniałam sobie o moim wyskoku. W końcu miałam startą twarz i poobijane kończyny. I tak to jest cud, że żyję. Jest tylko jeden na milion przypadków, które kończą się właśnie w ten sposób. Szczęśliwy przypadek. Wolałam umrzeć niż wysłuchiwać tych pieprzonych zarzutów i obelg na swój temat. Jednak życie chciało mnie przetrzymać na tym świecie. W końcu jednak skupiłam się na sobie. Owinęłam się ręcznikiem i podeszłam do lustra. Twarz miałam z zadrapaniami, ranami i otarciami. Co gorsza była we krwi. Wzięłam do ręki szmatkę i ją zmoczyłam. Przyłożyłam do twarzy i zaczęłam ją wycierać. Odłożywszy materiał stwierdziłam, że nie jest aż tak źle. Co prawda było źle, ale nie aż tak. Podeszłam do apteczki. Mama na wszelki wypadek włożyła je do każdego pokoju. W niektórych tylko nie było. Wyciągnęłam bandaż i plastry. Owinęłam sobie obolałą głowę i przykleiłam plastry w miejsca ran poniżej czoła. Potem umyłam zęby, a włosy wysuszyłam i związałam w niechlujnego koka.
Jak zwykle Jade mnie pospieszała. Kolejny SMS i kolejne teksty o tym, że trzeba pogadać. Wyciągnęłam pierwsze rzeczy z brzegu i się ubrałam. Spakowawszy książki potrzebne do nauki, wyszłam przez drzwi. Po drodze spotkałam mojego brata, Matta. Matt ma piętnaście lat.
-Cześć, Caroline. Gdzie ty byłaś?- wpadłam. Skąd on to wszystko wie.
-Nie interesuj się.- warknęłam srogo.
-Caroline, ja się po prostu martwię. Rodzice nie wiedzą.
-Chciałam umrzeć pod kołami samochodu, ale niestety szczęście otacza mnie w stu procentach.- szepnęłam.
-Caroline, nie żartuj sobie. Ja wiem, że nie zabiłaś tej laski, ale to nie powód, żebyś tak odpowiadała.- i znów zaczęły się kazania młodszego braciszka. Ilekroć tylko coś przeskrobałam, on mi to wypominał.
-Wiesz, jest mi z tym ciężko. Nie umiem sobie z tym poradzić. Tęsknie za dawnym życiem.- westchnęłam i włożyłam twarz w dłonie.
-Co ci się stało?- to był temat, którego chciałam uniknąć.
-Wypadek. Na ulicy. Jakiś koleś chciał mnie podwieźć, ale niestety wyskoczyłam podczas jazdy. Wtedy okaleczyłam sobie twarz i zbiłam mocno nogę.- wywróciłam oczami.
-Caroline, nie możesz tak robić. Z resztą, nieważne.
-Cary! Jesteś wreszcie!- krzyknęła do mnie z okna Jade.
-Mhm... wyjdziesz?
-Tak.
Pięć minut potem znalazła się obok. Zaczęłyśmy spacerować chodnikiem do szkoły.
-Po pierwsze, co z twoją twarzą? Po drugie, gdzie ty byłaś? Po trzecie, mam coś ważnego.
-Więc, wczoraj miałam mały wypadek. Nieważny. Hmm... po drugie szykowałam się. Po trzecie, gadaj, bo jestem zniecierpliwiona!- uśmiechnęłam się.
-Okej. Słuchaj.- zaczerpnęła powietrza- Wczoraj trochę myślałam o tej całej Jessice. Coś mnie natchnęło i przypomniałam sobie o jej siostrze. Rachel. Przecież one skakały sobie do gardeł, żeby tylko być popularne. Myślisz, że to ona?
-Może i tak. Ale co z tego, skoro podejrzewają mnie, dzięki Rachel?- zapytałam sfrustrowana.
-Ej, da się naprawić. Never Say Never.- pocieszyła mnie.
-Może i masz rację. Ale Jade! Kto mi w to uwierzy? Ona rozpowszechniła plotkę, o czymś, co zrobiła mi Jess.
-No wie, ale może jakoś wpłyniemy na ludzi.
-To nierealne. Nieważne, nie wracajmy do tego.
-Cary.- moje przezwisko, wymyślone przez Jade. Nazywała mnie tak, gdy chciała mnie do czegoś przekonać lub pilnie mnie potrzebowała.- Powiedz mi, dlaczego mówisz, że to się nie uda?
-Jade, ja to wiem. Zostawmy ten temat.- mruknęłam.
-Nie, Caroline. Nie masz racji. Skoro to nie ty, to dlaczego ludzie się ciebie boją?- No właśnie, dobre pytanie. Hm.. pomyślmy. Oni myślą, że to ja!
-Nie bądź śmieszna i nie dołuj mnie bardziej. Wystarczająco mi przykro.- odparłam smutno.
Jade przeprosiła mnie za swoją "pomoc", a resztę drogi spędziłyśmy na gadaniu o zakupach. Co prawda nie kręciły mnie takie pierdoły, ale jakoś chciałam ją odciągnąć od tego wszystkiego. Nie powinna mieszać się w nie swoje sprawy. Jest moją przyjaciółką, ale nie może. Zaczną podejrzewać, że mi pomogła.
Weszłyśmy do szkoły. Ilekroć ktoś mnie zobaczył, przypierał się do szkolnej szafki, albo ściany. Denerwowała mnie ta sytuacja i postanowiłam iść do Rachel. Nie będzie mi dupy obrabiać.
Zobaczyłam ją stojącą ze swoimi przyjaciółeczkami. Kayla i Demi pokazywały jej coś na migi, gdy tylko się zbliżałam. Jak tylko stanęłam za Rachel, te dwie debilki przyparły się do ściany. Natomiast Rachel zaczęła się śmiać.
-Co? Przecież jej tu nie ma. Haha... jakie z was debilki! Nie dowie się, że to ktoś inny...- spojrzała w oczy dziewczyn i zrozumiała, że stałam tuż za nią. Jade wszystko nagrywała, bo chciała mieć jakieś dowody i proszę, niespodzianka. Rachel bezmyślnie wygadała mi to, co chciałam wiedzieć.
Rach szybko przyłożyła rękę do ust. Spiorunowała mnie swoim wzrokiem. Zaczęłam się uśmiechać.
-Dzięki, że mi to powiedziałaś. Obejdzie się bez twoich pierdolonych tłumaczeń.- zaśmiałam się i odciągnęłam Jade, która jeszcze filmowała.
-Nie wiesz nic, jak na razie!- krzyknęła wreszcie.
-Ależ ja wiem dużo.
Nastała lekcja w-f. Oczywiście Jade miała fizykę i nie było nikogo, kto chciałby ze mną ćwiczyć. Akurat dziś była siatkówka. Zwykle mam najgorzej.
Dziewczyny przebierały się i śmiały w szatni. Oczywiście, dopóki ja nie weszłam. Natychmiast ucichły i rzuciły się na ścianę. Nie wytrzymałam. Coś we mnie pękło. Kilka łez spłynęło po policzku. Niegdyś nawet lubiana, a teraz postrachem dla wszystkich. Nie wiem, czy akurat one powinny dowiedzieć się o tym pierwsze, ale zaryzykowałam. Wyciągnęłam z kieszeni telefon. Pomyślałam wcześniej o takich sytuacjach i poprosiłam Jade o przesłanie mi go.
-Chcecie znać prawdę?- krzyknęłam.- Proszę!
Schyliłam się i rzuciłam telefon. Urządzenie przejechało po podłodze i trafiło do rąk Elizabeth. Dziewczyna podniosła telefon i puściła filmik. Wszystkie dziewczyny się zdziwiły.
-No... to... ten... Chcemy cię przeprosić.- jąkała się Emmie.- Nie wiedziałyśmy, że to... no... ona to zmyśliła.
-Wszystko dobrze. Błagam. Prześlijcie wszystkim ten filmik. Niech się dowiedzą prawdy kto to zrobił.
Dziewczyny pokiwały głowami.
Dokończyłyśmy się przebierać i wyszłyśmy na boisko. Oczywiście, jak zwykle. Najpierw dwadzieścia kółek biegania, a potem godzina gry. Wkurwiona ukryłam się w krzakach i czekałam, aż wreszcie będzie piętnaście kółek. Nikt na mnie nie zwracał uwagi. Miałam w sobie tą niechęć do sportu i często mnie dublowali. Co ja gadam. Zawsze. Usiadłam za trybunami. Zaczęłam coś pisać na telefonie do Jade, kiedy usłyszałam chichotanie. Szybko schowałam się w pobliskich krzakach.
-I tak nie dowie się, że to ja ją zabiłam!- ktoś powiedział.
-Hm... Rach, ja bym uważała.- odparł drugi głos.
Już wiedziałam, że to Rachel i jej podwładne, Kayla i Demi.
-Niby czemu? Ta cała Straught jest na tyle głupia, żeby się nie domyślić. Tylko jak ją jeszcze bardziej wrobić?- zastanawiała się Rachel.
Ja, mądra, wzięłam ze sobą telefon i kamera działała już od początku rozmowy, gdy tylko tu doszły. Nie mogę mówić, że to ona, skoro nie mam żadnych dowodów. Caroline włączyła intensywne myślenie.
-Nieważne. Chciałyśmy się ponabijać z siatkareczek, jak wypinają dupy. Chodźcie.- zakpiła Rach.
Obeszły trybuny, aby być jak najbliżej boiska. Skorzystałam z okazji i wybiegłam z krzaków. Któraś z dziewczyn krzyknęła : "Zostało tylko siedem, trenerko!". Ja muszę zrobić w takim razie dziewięć, żeby być powolniakiem.
-Więc, Caroline, Sam. Wybieracie drużyny.
Wybrałam trzy najlepsze i dwie gorsze. Stanęłyśmy już gotowe do atakowania i innych takich rzeczy. Jednak nie mogłam się skupić, gdy Kayla, Demi i Rachel śmiały się tak głośno. Puściłam kilka piłek, ale w końcu wzięłam się w garść i waliłam gdzie popadnie.
-Hej, Caroline!- zawołała Jade.- Dostałam filmik! Ale z Rachel zołza.
-Cześć.- odpowiedziałam.- Prawie każdy go dostał, a Rach ma trafić do poprawczaka. Hm.. że zołza? Nie. To jest idiotka. Nie ma na nią słów.
Uwielbiałam spędzać czas z Jade. Zawsze mnie wspierała w ciężkich chwilach, ale nie spodziewałam się, że będzie ze mną aż w takich ciężkich. Gdy mi coś tłumaczyła o Kayli i Demi, tak po prostu rzuciłam jej się na szyję.
-A to za co?- zachichotała uwalniając się z uścisku.
-Za wszystko. Po prostu jesteś ze mną zawsze.
-Och... to miłe, Cary. Jednak nie będziemy razem zawsze.- posmutniała.
-Co? Ale jak?
-Cóż. Moi rodzice chcą się wyprowadzić z Canady do Londynu.- jej wyraz twarzy spoważniał, a oczy zrobiły się szkliste.
-Nie mogą! Jade...- przytuliłam ją mocno.
-To już postanowione.- łkała.- Dziś rano tata otrzymał pozwolenie, czy coś.
-Kiedy?
-Co kiedy?
-Kiedy wyjeżdżacie?
-Jutro o dziesiątej.- odparła.
Jade zaczęła przeraźliwie płakać; oparła się o moje ramie, a ja przytuliłam się do niej. Próbowałam wydusić z siebie chociaż jedną, małą łezkę. Daremnie. Zawsze nie potrafiłam okazywać uczuć. Nie wiem czemu, ale nawet nie przeszkadzał mi jej wyjazd. Jako przyjaciółka musiałam zareagować. Oszołomienie. Tak. Zawsze wiedziałam, że to najlepszy sposób. Jade spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-Hm... Czyli jednak nie będzie ci mnie brakować. Wiedziałam. Cały czas łudziłam się nad tym, że mnie lubisz. A tu proszę! Nawet okazania najmniejszej skruchy!- krzyknęła przez łzy.
-Nie umiem okazywać uczuć, Jade. Wiesz przecież o tym.
-Nieważne.- oblizała usta wstając z ławki.
Nie wiem. Na prawdę nie wiem. Dlaczego ona uważała, że mi nie zależało na przyjaźni? A może to jednak ona przyjaźniła się ze mną dla szpanu?
-O co ci chodzi?- przygryzłam wargę patrząc jej prosto w oczy.
-Od początku nigdy mnie nie wspierałaś, ani nawet chyba nie lubiłaś! Przyjaźniłaś się ze mną, bo nie miałaś znajomych.- hm... kolejne kazanie dzisiejszego dnia. Cóż. Szkoda, że nie zginęłam w tym pieprzonym wypadku.
-To nie tak! Od zawsze miałam problem z okazywaniem tych pieprzonych uczuć, ale nie musisz mnie za to od siebie odpychać.- warknęłam wściekła.- Wiesz co? Haha... Nie potrzebuję takich jak ty!
Jade nie wytrzymała. Opadła z powrotem na ławkę i włożyła twarz w dłonie. Jej włosy lekko powiewały na wiosennym wietrzyku.
-Jade... wybacz mi. Nie chciałam.
-Wiele rzeczy nie chciałaś, a mimo to robiłaś.- odparła spoglądając na mnie z odrazą.
Nigdy nie chciałam wywołać u niej takiego wzroku. Cóż... w końcu to ja ją do tego zmusiłam swoją kamienną twarzą. Zawsze spierdolę coś w najgorszym momencie życia.
-Och... Chcesz mnie mieć na sumieniu, gdy wyjedziesz?- spojrzałam z nadzieją na jej blond loki opadające lekko na ramiona.
-Nie.- wyszeptała cicho.- Dlaczego się kłócimy?
-Czasem to jest potrzebne, ale chcę, żebyś wiedziała, że zależy mi na tej przyjaźni. Nie jestem pusta.
-Wiem. Obiecaj mi coś.
-Hm?- wpatrywałam się uważnie w jej szare, duże oczy.
-Nie wpakuj się w żadne kłopoty, gdy mnie nie będzie, okej?- ona mówiła to bardzo poważnie, a ja znów spieprzyłam sprawę moim śmiechem.
-Okej.- uspokoiłam się.
-Kto będzie brał odpowiedzialność za twoje żarty? Kto będzie brał na siebie winę? No kto?- zapytała trącając mnie w ramie.
-Nikt...- wyszeptałam w duchu przeklinając jej rodziców.
Szłam powoli ulicą. W słuchawkach leciało "Pound The Alarm" Nicki Minaj. Przypadkowa, jak zwykle. Jednak sprawiała, że szłam szybko, więc postanowiłam jej słuchać. Skręciłam w jedną z bocznych uliczek, aby skrócić sobie drogę do domu. Szczęście chyba mnie zaczęło unikać. Pod ścianą bloku siedział James i Daniel. Oboje palili papierosy śmiejąc się z głupich żartów. Obok leżały dwie puste puszki po piwie. Przestraszyłam się trochę, ale nadal szłam pewnie. Gdy tylko ujrzeli mnie ujrzeli, z zaciekawienia aż stanęli prosto. Nie raz i nie dwa chodziłam tym skrótem często ich tu spotykając. Nie mam pojęcia czemu aż tak bardzo ich to zdziwiło. Uniosłam brew ze zdumienia. James powoli zaczął kroczyć w moim kierunku chwiejąc się lekko. Straciłam trochę pewności siebie, ale mogłam im zagrozić śmiercią. W końcu chyba cała szkołą oskarżała mnie o to gówno. Daniel stał w miejscu. Widać, że jedno piwo mu nie zaszkodziło i nadal był w miarę trzeźwy. Tacy ludzie są czasem bardzo przydatni w tak głupich sytuacjach. Zerknęłam na Jamesa. Wydawał się być zły. Czułam, że na grożeniu to się nie skończy. Dalej szłam, lecz już mniej pewnie. Zdjęłam słuchawki z uszu. Hm... Zaraz się zacznie.
-Hej, mała...- powiedział, a ja wyczułam ten okropny zapach. Co oni wlali do tego? Hmm... no tak. Coś mocniejszego. Po piwie nic takiego nie pozwoliłoby mu podejść do mnie i zagadać.
-Um... hej.- odpowiedziałam przystając na chwilę. Czułam się niekomfortowo w towarzystwie najebanego idioty.
-Daj mi buzi.- po tych słowach przybliżył swoją twarz do mojej. Automatycznie się odsunęłam. Nie mogę pozwolić mu na takie coś. Nie jestem dziwką.
-Nie chcesz? Zaraz zobaczysz, dlaczego nie powinnaś mi odmawiać!- krzyknął. Poczułam strach. Daniel nie ruszał się. Czekał na odpowiedni moment, aby zainterweniować. Przynajmniej tak sądziłam.
James dosłownie rzucił się na mnie powalając mnie na ziemię. Świetnie. Moje wspaniałe, nowe spodnie są do prania!
-Spierdalaj!- krzyknęłam.
-Haha, skarbie, chyba nie sądzisz, że tak łatwo się poddam?- zaśmiał się złowieszczo.
James rozebrał mi bluzkę. Nie wiem, jak mu się to udało, bo szarpałam się z nim i biłam go. Zaczął dobierać się do stanika. Daniel ni stąd ni zowąd podbiegł do niego i odepchnął go w stronę śmietnika. Wspominałam, że śmietnik był metalowy?
Płakałam. Daniel objął mnie ramieniem i zabrał pod ścianę.
-Ta bluzka raczej będzie bezużyteczna.- wskazał wzrokiem na kawałki materiału znajdujące się na ziemi.
-Nie.- odparłam wtulając się w niego.
-Ty debilu! To tylko dziewczyna! Co ci odjebało?- warknął do Jamesa, który próbował wstać.
-Świetnie. Jak ja wrócę do domu? James... on jest głupi.- w takich sytuacjach potrafiłam płakać. Tia... Gdy przyjaciółka wyprowadza się na stałe dokądś indziej to aż mi chcę się uśmiechać. Nieważne.
-Wiem. Trzymam z nim, bo daje mi fajki.- uśmiechnął się chłopak.
-Nie piłeś?- zapytałam zdziwiona.
-Nie...- zaśmiał się.- To on to wypił. Sam nie wiem co było w środku. Podobno nalał tam czegoś bardzo mocnego, a teraz widzimy tego efekty.
Nic nie odpowiedziałam, tylko oparłam się o mur. Dopiero teraz zauważyłam, że rozmawiam z chłopakiem w dość nietopowym ubraniu. Natychmiast poczułam uderzający dyskomfort.
-Hej, co jest?- zapytał troskliwie.
-Jak mam z tobą gadać, skoro mam tylko stanik?- zarumieniłam się.
-Masz.- ściągnął koszulkę, odsłaniając swój idealny ABS. Wtedy wyglądał tak pięknie. Starałam się odrzucić te myśli z mojej głowy. Przecież... nie znamy się.
-Dasz mi fajkę?- zapytałam.
-Jasne, ale lepiej nie.
-Czemu?- uniosłam brew.
-Bo to cię będzie zabijać od środka.
-A ty to co?
-To nie takie łatwe. Tak po prostu rzucić. Nie da się.
-Wszystko się da. Trzeba tylko uwierzyć.- wyrwałam mu ćmika z ręki.
-EJ!- krzyknął zabawnie podnosząc brew.
-Za późno.- włożyłam papierosa do ust.
-Paliłaś kiedyś?
-Hmm... Kiedy miałam trzynaście lat. Przez rok.
-Nieźle.- uśmiechnął się.
-Chodź. Odprowadzę cię do domu. Lepiej nie wracać samej do domu o takiej porze.- powiedział Daniel.
-Hm... Okej. Ale ostrzegam. To nie tak blisko.
-Spoko.
Przez całą drogę Daniel opowiadał mi o sobie, a ja również coś powiedziałam na swój temat.
-Miło było.- uśmiechnął się.
-Prawda.
-No to cześć.
-A co z bluzką?- zapytałam nagle. Było tak wspaniale, że chciałam zatrzymać go przy sobie jak najdłużej. O nie! Chyba się w nim zakochałam...!
-Cóż... Weź na pamiątkę.- zaśmiał się.
-Dzięki.- przygryzłam wargę, czując jak się zarumieniłam.
Daniel nic więcej nie powiedział tylko przytulił mnie. I ten jego ABS!
Nieważne. Nie mogę o nim teraz myśleć. Skierowałam się do w stronę drzwi wejściowych i ostrożnie nacisnęłam klamkę. Była chyba dziesiąta w nocy. Hmm.. trochę z Danielem posiedziałam. Wszedłszy do domu, rzuciłam się na kanapę.
-Co ty tu robisz, dziecko? O takiej porze do domu się nie wraca!- usłyszałam głos mamy nad głową.
-Jak widać, leżę. Jak widać, można wracać. Weź się odczep.- odpowiedziałam zabierając torbę z podłogi i zdejmując pospiesznie buty. Słyszałam cały czas jej groźne kary, które zastosuje w moim przypadku. Jezu... super. Weszłam do pokoju. Pierwszą rzeczą było wparowanie do łazienki w celu spotkania się z lustrem. No cóż. Zdjęłam bandaże odsłaniając rany i zadrapania. Nie było aż tak źle. Faktycznie, balsam z pokrzyw pomógł. Posmarowałam się nim na noc, po czym przebrałam się w piżamę. Wskoczyłam do łóżka. Jak było bosko znaleźć się w ciepłym kocu, po tak ciężkim dniu. Mój telefon nagle za wibrował. Jedna nieodczytana wiadomość.
"Spotkamy się jutro?
Dan. ;*"
Akurat jutro? No błagam cię, człowieku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz